|
|
||||
|
|
started coming on like leeches
Nie jestem ślepy. Po prostu z jakiegoś
powodu nie chcę otworzyć oczu. Na wszystko przychodzi kiedyś czas.
Na razie nie mogłem skorzystać z perspektywy, która roztacza
przede mną paletę wyborów. To kwestia bazy danych, sumy odrębnych
informacji o sobie samym, składających się na odrealnione ja.
Określone ja, które dopuszcza jedne wzorce zachowań a inne odsyła
w grubej kopercie z papieru czerpanego z czerwonym stemplem
„odrzucone”. Niestety puki co robi to bez powiadamiania o
czymkolwiek części świadomej. Umiem to kontrolować. Czasami.
To jak szkolenie parana bindu,
dotyczące jednak umysłu nie mięśni. Przeszkodą są wyuczone
odruchy, bezpieczne zachowania, ujęcia statyczne. Nie potrzebuje
czasu, on będzie musiał przyjść mi z pomocą nieco później.
Potrzebuję odpowiednio silnego bodźca.
To wszystko pięknie, wspaniale. Znowu
zataczam krąg. Już widzę wyjścia, znalazłem ich setki. Ale coś
jest nie tak bo nie potrafię wyjść. Myślenie, że posiadanie
instrumentu, równoznaczne jest z byciem wirtuozem jest śmieszne.
Jednak bez niego nawet dążenie do mistrzostwa jest niemożliwe.
Zdobycie go nie jest najłatwiejsze ale
to początek.
Stara się wszystko podporządkować
woli. Nie przyjmując do wiadomości argumentacji dowodzącej
oczywistych błędów. Dane znów są sprzeczne, dokumentacje
niekompletne. Zgubił się w gąszczu definicji, algorytmów mających
dawać jasne odpowiedzi. Cień musi być palony umiejętnie.
Szczątki, nierozrzucone popioły są jak niewyciągnięta kula
infekująca ranę. Gangrena. Obetnij mu członki.
Czy anomalną budowę narządów
odpowiedzialnych za postrzeganie można wykorzystać?
Nie chodzi o głupie trzymanie się
idei. To kwestia niepodważalnego rozwoju którego koniec jest nieco
dalej niż się spodziewałem. Ale to nie ma większego znaczenia.
Można wejść w posiadanie wszystkiego.
Rozgraniczam, rozdzielam, klaruje.
System zostaje wprowadzany a sznurki zwisające z moich palców
wyzwalają się spod jarzma licznych kołtunów i węzłów.
Ale nie rozwiązuje to problemu
dotyczącego ciebie. Nie wiem jak przeprowadzić rozwój w tym
przypadku i ta luka zaczyna mnie drażnić. Sadyzm z którego nic nie
wynika przekształca się w rutynę a ta z definicji nie jest
zabawna. Zresztą... nie może to być nic tak skomplikowanego jak mi
się wydaje.
Gdy nie wiedziałem czym jest, błagałem by otrzymać.
Wyciągałem ręce ku niebu a mój wrzask wzlatywał ku bezbrzeżnej otchłani czystego
błękitu. Słyszałem proroctwo. Atakowało mnie swymi groźbami poprzez usta moich
przyjaciół, słowa widzących i szklane ekrany.
Wizja bólu rodziła, płynącą szeroką wstęgą, kpinę. Nie
wierzyłem, nie ustając w gorących prośbach.
A zawsze gdy prosisz wystarczająco mocno zostaje ci dane.
Nie wiedziałem nawet, że nadeszło. Wszystko co czytałem,
wszystko co odkryłem, objawy które rozpoznawałem to nic nie daje. On potrafi
wyślizgnąć się wszelakiej definicji. Nie da się go złapać jak nie da się
pochwycić samego siebie.
I tak zacząłem prosić by mnie opuścił. Nie wiedziałem jak
ciężkie jest brzemię, które tak desperacko starałem się zdobyć. Czy dawało to
wszystko co chciałem mieć? Myślę, że dawało o wiele więcej.
I wszystko było by prostą przypowieścią, gdyby nie to, że
teraz mi brak. Wiem, że tym razem pójdę krok dalej. Wrócę z przestraszonymi
oczyma i drżącymi rękoma, dziękując że to już koniec. Ale i tak zrobię to znów,
by zrobić jeszcze jeden krok wgłąb i jeszcze raz i jeszcze...
Tu nie chodzi o balansowanie na krawędzi.
To coś w rodzaju misji, przeznaczonej mi karmy z którą muszę
w końcu popłynąć.
Marionetki, lalki, kukiełki. W ten sposób jest łatwiej, ze znieczuleniem z znieczulicą. Czy to źle, że bawi mnie twój ból? Jest w nim coś groteskowo śmiesznego, co budzi ten miły dreszcz. Znowu... Widzę pełne ufności oczy zalewane powoli gęstym zaskoczeniem. Ojej, co się stało?
Jeśli chodzi o szczerość. Moje szczęśliwe dzieciństwo
pochowało się po krótkich, niełączących się ze sobą chwilach. Gdzie podział się
bohater, którego każde dziecko powinno znaleźć? Oś, wokół której te wspomnienia
mogą spokojnie orbitować. Czas już dawno przyśpieszył a ja, mimo że ciągle
bardzo młody, próbuję go cofnąć. Jak osiemdziesięciolatek zamknięty w ciele
studenta. Nie byłem najnormalniejszym dzieckiem, ale u dzieci to chyba całkiem
normalne. Przegapiłem kilka etapów gdzieś w okolicach dorastania i kilka na
długo zanim się w ogóle zaczęło. Teraz zastanawiam się czy miało to wpływ na
niebieski dym, który kłębi się w przestrzeni za moimi oczami. Z czego utkany
jest kaftan krępujący moje ruchy? I stoję w prawej ręce trzymając dłoń
nienawiści a w lewej zazdrości. Nie chodzi nawet o przygnębienie, rzadko bywam
przygnębiony; to coś innego. Łapie cię za włosy i odchyla głowę aż słyszysz
trzask własnego kręgosłupa i dreszcz. Zaczyna się w potylicy i obejmuje barki,
plecy… zatrzymuje się w okolicach nerek. Nie jest ani zimny ani gorący, jest
zbyt przyjemny. Wiruje, jak zawsze.
To zastanawiające, dlaczego właśnie tacy się znajdują. A
może nie, może to oczywiste. Scenariusz jak dotąd się powtarzał. Rozpracowuje,
nie śpiesząc się zbytnio. Wiele rzeczy jest kwestią czasu. Otwierasz drzwi,
jedne tu inne nieco dalej. Metodyczna budowa skomplikowanej maszyny. Wiele
elementów, wiele potencjalnych możliwości, wszystkie tryby, przekładnie;
wirują. W pewnym momencie przychodzi dzień, w którym sami sięgają po kolejną
klamkę, ale drzwi są zamknięte. Próbują kolejnych, rozpaczliwie starając się
dotrzeć do tego, co ukryte, bo złota puenta przecież jest gdzieś przy końcu.
Ale żaden zamek nie jest już otwarty. Rzeczywistość rozbiera się i gdy jest
kompletnie naga okazuje się, że zawsze ślepych zaułków było znacznie więcej niż
wolnych przejść. Biały królik rozgrywa partię szachów, siedząc na wielkim
wiktoriańskim fotelu obitym zieloną skórą. Po każdym ruchu śmieje się, tańczy
otoczony przez welon epileptycznej radości. Stoję obok, patrzę jak bardzo go to
bawi i nie próbuję powstrzymywać, choć już wiem, że to sadyzm. Wyrachowany,
przekalkulowany… to jedna z rzeczy, w których jestem naprawdę niezły, chociaż w
zasadzie do dziś nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jestem pamiętliwy, ale nie
mszczę się. On robi to za mnie.
Pierwszy letni dzień odbił mi się tanią mrożoną pizzą,
niewiele droższymi lodami i jeszcze czymś nieznanym, czego nie potrafię
zidentyfikować. Przybywa wieczorów wypełnionych dziwacznymi spojrzeniami,
szczenięcymi niedomówieniami i popierdoloną farsą, w której sam z chęcią biorę
udział. Wszystko po to, by zobaczyć w lustrze mętne spojrzenie wypełnione
przekrwionym szczęściem. Telefony, telefony to tylko ja. Doprowadzają mnie do
szału, nie mam ochoty podejmować wysiłku. Życie bez konfrontacji, bez
sprawdzania się, bez rywalizacji bez pulsu i oddechu. Letarg uwięziony w
labiryncie niemalże nieustającej fazy. I Jezus, który wciska w moją skroń zimną
lufę wielkiego magnuma błagając o pomoc. Głos mu się łamie a ręka trzęsie,
niewyobrażalna empatia sprawia, że przestrzeń wokół nas jest gęsta jak kisiel. Robi
mi się niedobrze i zaczynam wymiotować. Ciągnie za spust... a może nie, tego
już nie pamiętam. Nie jestem do końca przekonany czego chcę, ale on chyba też
nie, dlatego nie czuję się z tym najgorzej. Wszystko jak zwykle wiruje i osiągam
w końcu stan, w którym nie chce mi się nawet próbować. Lewituje wraz z myślami,
które nie potrafią złapać żadnego konkretnego kierunku. Ciało zaczyna być
bezkształtnym zlepkiem wgłębień i odstających kończyn, protestuje, wygląda jak
daleki znajomy. Tańczący nago, naćpany Morrison wrzeszczy, że to jednak jeszcze
nie jest koniec. Specjalnie tamtędy zawsze przechodzę, żeby dostawać migotania
komór za każdym razem, gdy dziesięć centymetrów ode mnie wyrasta ciemna
sylwetka, bywają tam za często. Obserwują, widzą, spisują.
Narażam mój żołądek na fale dzikich, niepohamowanych
skurczy. Gardło na podrażnienie, śluzówkę na wypalenie. Zburzcie świątynię
mojego ciała a ja w trzy dni ją odbuduję.
„Nawet najbardziej pierwotne odczucia związane z
anihilacją winny być poprowadzone drogą finezyjną, niepozbawioną licznych
meandrów, zawirowań, zwrotów itp. Nienawiść jest jednak siostrą głupoty, ta z
kolei zasługuje na najwyższe potępienie. Niespożytkowane pokłady gromadzonej
przez lata energii nie powinny być skierowane w stronę jej posiadacza.”
Miliony konceptów szturchają go patykami i już chwilę
później ich nie ma. Nie staram się ich łapać. Ambicja prowadzi do wtórności,
powielania wszystkich znanych motywów w nieco innym świetle, nieco innym ułożeniu,
nieco inaczej ubranych. Masturbacja ku chwale niedoścignionego ideału, który
samemu się uosabia. Czy przypinanie, tej samej obleśnej kurwie coraz to nowych,
bardziej wymuskanych falbanek i koronek nie jest stratą czasu?
Panta rhei, ale nic się nie zmienia. Czy jeśli
obedrzeć, oskubać, ogołocić...
Nagie okaże się, że rdzeń, na który kunsztownie
narzucane były wszelakie ozdobniki jest tylko truistycznym pierdoleniem godnym
rozdygotanej emocjonalnie nastolatki. Cały świat miraży pęka i rozpływa się i
gdy zostajemy sam na sam meritum, okazuje się że wszystko ogranicza się do
instynktu. Rozbieram się, na czynniki pierwsze. Odrzucam wszystko co mną nie
jest, szukając świadomości świadka. Kiedy kończę okazuje się, że oprucz zlepka
umiejętnośći, przyzwyczajeń, upodobań i tym podobnych pierdół które ostatecznie
są tym co posiadam a nie mną samym... nie ma nic. Cała misternie utkana
ontologia idzie się jebać. Nie rozumiem mechanizmów, które kierują tokiem moich
myśli. Nie rozumiem archetypu samca alfa. Nie rozumiem układów
koegzystencjonalnych, trybów kooperacyjnych, wdrażania się w złożoną z większej
liczby elementów całość. Pierdolić sondy syntetyczne a priori i samego Kanta. W
dupe. Wszystko to gówno prawda.
Czuje
zawód. Całe to zasrane zbiorowisko wszelakiego śmiecia, dumnie noszące nazwę
"społeczeństwa", naprawdę głęboko mnie zawodzi. Każdego ranka
pokładana w nim, przeze mnie, nadzieja zaczyna się kurczyć na podobieństwo
kamfory aż zupełnie znika razem z ostatnimi promieniami słońca. Znowu gdzieś na
obrzeżach imperium mojej niewiedzy zaczyna z coraz większym splendorem się
odzywać: Ludobójstwo, wyzwolenie gatunku ludzkiego od nich samych. Cały glob
skąpany w posoce prawie siedmiu miliardów zbawicieli, mesjaszy. Skrajna
megalomania, która rozsadza moje członki, wzbierająca agresja, która bulgocze
tuż pod skórą, spontaniczne widzenia. To wszystko sprawia, że zaczynam tracić
koneksje łączące mnie z ciężkim, solidnym racjonalizmem, którym kiedyś się
szczyciłem. Tak trudno jest znaleźć ludzi, których myśli pozbawione
fizyczności, nadal są atrakcyjne. Mówienie do tych mas bezmózgiego ścierwa
przeraża mnie. Dziś myślałem, że naprawdę zrobię jej coś złego. Wokół mnie rósł
cyklon z rozmaitymi pomysłami na odbieranie życia a ja zaciskając zęby starałem
się odciągnąć myśli od narastającej orgii w klimacie gore. Jadąc w zatłoczonym
autobusie łapię się na kalkulacji, ilu ludzi dałbym radę zabić gołymi rękami
zanim zostałbym obezwładniony przez resztę. Ilu dałbym radę przy użyciu dużego,
kuchennego noża a ilu przy użyciu beretty 92SB i o ile było by to
efektowniejsze gdybym miał rewolwer magnum 44.
Musze
przestać produkować te faszystowskie brednie, ale myśli o szeroko pojętej
eksterminacji przyprawiają mnie o podszyte ekstazą ciarki.
Jestem rozjątrzoną raną w brzuchu sympatycznego, młodego
człowieka. Sympatyczni, młodzi ludzie wypełniają moje zatoki. Rozpychają je od
środka do nienormalnych rozmiarów, aż moje łuki brwiowe puchną, napęczniałe
gęstą, kreatywną myślą sympatycznych, młodych ludzi i ich ciałami które w niej
pływają. Te ciała… obficie ozdobione makijażem, włosy grube, odżywione, zęby
białe, perliście, sylwetka wyrzeźbiona, na starogrecką modłę. Te ciała przy każdym
najmniejszym ruchu obijają się o wewnętrzne ściany zatok, bolą mnie, wszystkie.
Ich żółta myśl gromadzi mi się w kącikach oczu kiedy śpię a gdy rano ją
wydłubie wypływa, nieco rozwodnioną zawiesiną. Zbieram ją by otrzymany został klarowny przesącz. Osad zdrapuję a
następnie wcieram w wewnętrzną stronę prawej powieki. Przesącz wstrzykuje w mój
spragniony wrażeń rdzeń kręgowy.
Nie jestem do końca pewien jakie uczucie wywołuje we mnie
gorzki smak tej zardzewiałej suki. Omne ignotum
pro magnifico nawet gdy znam tą zależność. Ale w przypadku wszystkiego
co mnie otacza, teoria nie pokrywa się z praktyką a to z kolei niszczy główne
arterie informacji. Bazy danych są wypełnione sprzecznymi komendami. Te z kolei
doprowadzają do deprywacji już i tak wypaczonego systemu. Utrzymuje w pionie wiecznie walące się
ściany, czując się jakbym ciągle sięgał do głębszych rezerw energetycznych. Nie
znajduje sposobu na uzupełnienie braków. Na razie posiadam jedynie mgliste
przeczucie dna, ale jeśli ono istnieje, niech nigdy nie dane mi będzie żeby
palce mojej sięgającej po jeszcze dłoni. go dotknęły. Słucham w najwyższej
dostępnej mi jakości, specjalnie spreparowanych dźwięków które biorą w swoje, żylaste,
silne dłonie moją osobowość i gniotą ją jak ciasto. Być może dzięki temu usunę hiperstezje pewnych fragmentów kory mózgowej.
Paniusie dekadencko zakochane w
literaturze, kawie, cienkich, mentolowych papierosach, Tiffanym, Fellinim i
Chaplinie. Paniusie buntowniczo zakochane w rhcp, radiohead, tool anoreksji,
bulimii, schizofrenii, piercingu. Dziewczynki co lubio koniki i smoky.
Abstrahuje od szeroko pojętego gatunku, który orbituje wokół różu, plastiku
itp. Ooo ale jak już przy tym jestem: New rave paniusie. Następny gatunek,
którego szczerze nienawidzę: Młode matki. Osierociłbym te wszystkie wpadki z pierwotną
przyjemnością. Ale wracając do naszych pierwszych delikwentek, bo się
zagalopowałem nieco.
- Bo otoczenie mnie do końca nie akceptuje.
- Dlaczego?
- Myślę, że może to być spowodowane tą szczyptą
ekstrawagancji, ekscentryzmu.
Didaskalia: Lekki śmiech stylizowany na nieśmiały, dzięki
czemu mówiący: „Jestem już dorosłą odpowiedzialną kobietą, ale mam w sobie też
dużo z dziecka, dzięki czemu jestem taka wyjątkowa i szalona. Bo dzieci
wyróżnia ta ciekawość, no wiesz (z wyższością) ciekawość świata: domena
filozofów.”
Na moje czoło wychodzi wielka, tłusta, napęczniała,
niebieskawo-zielona żyła i zaczyna stepować. Myślę o tym jak bardzo była by
ekstrawagancka z imadłami na policzkach, które powoli zakręcam. Jak bardzo
oryginalny kształt przybrało by twoje oko gdybym wbił w nie igłę i wyssał
strzykawką tą flegmę, która jest między źrenicą a siatkówką a później
wstrzyknął ci to gówno w język. Jak intrygująca stała by się twoja gładka twarz
gdybym spróbował zedrzeć z niej puder obieraczką do warzyw.
Zastanawiając się nad tym wszystkim uśmiecham się tak słodko
jak tylko potrafię. Niestety moja fizjonomia nie ma do tego odpowiednich
predyspozycji i o grymasie, który właśnie przywarł do mojej twarzy można
powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest słodki.
A może to obrzydzenie, które bulgocze tuż pod martwym naskórkiem
zaczęło być widoczne?
Musze tam niedługo wrócić. Jeszcze kilka dni i nocy i
wszystko wróci do normy. Będziemy chodzić zorganizowani i poważni, uczesani i
przezorni. Ale jeszcze dzisiaj i jutro, pojutrze i popojutrze…
Jeszcze dwa miesiące. Przez dwa miesiące tak mi odjebie, że
będę się wysławiał jedynie monosylabami i wpieprzał kleik przez rurkę
wepchniętą w gardło przez jakiegoś barczystego pana w białym kitlu.
Przynajmniej nikt nie będzie specjalnie zdziwiony jak będę rzucać w
odwiedzających własnymi fekaliami wrzeszcząc, że ich ubiór nie zachowuje zasad
geometrii. Czy później nauczą mnie, w ramach resocjalizacji, zawodu spawacza i
będę żył długo i szczęśliwie łącząc nierozerwalnie metalowe elementy, co dawać
mi będzie satysfakcje i spełnienie? Zobaczymy.
Wystarczy leżeć bez ruchu. Cieniutka nitka śliny łączy moje
rozchylone usta z mokrą poduszką. Skóra pod nosem jest tak sucha, że zaczyna
się łuszczyć. Długie, posklejane brudem włosy opadają na twarz. Drapię się od
niechcenia po głowie. Pod długimi paznokciami widzę żółtawy tłuszcz. Szybko je
czyszczę, moja obsesja na punkcie dłoni to jednak sprawny mechanizm. Ale tak
naprawdę niewiele mnie to obchodzi. Liczy się tylko ciąg obrazów tańczących
przed oczami. Problemy są szybko rozwiązywane, wszyscy się śmieją. Zabawa, brak
problemów, radość. Czuje jak moja, pełna ołowianych myśli, głowa robi się
cudownie lekka. Spalam mosty, separuje się, nie dotrzymuje obietnic, odwracam
się plecami. To wszystko jest za trudne. Wolę proste szklane, zabawne obrazy.
Wysysają wszystkie moje wnętrzności jak wysysa się ropę z krwiaka. Wbijam w
przedramię gruby wenflon podłączony do białego dwużyłowego kabla i wypełniam
pustą skorupę płynnym, troficznym technikolorem. Gdy go nie było myślałem, że
zwariuje. Zbyt wiele konceptów i przede wszystkim rosnąca, opuchnięta
świadomość. Patrzyłem w lustro i mdliło mnie a teraz widzę tylko własne
odbicie. Wystarczy leżeć bez ruchu. Wystarczy lekko rozchylić powieki, to
wszystko co musi zostać zrobione. Predylekcja niewiedzy, gloryfikacja głupoty,
onania upodlenia, upadek okraszany spazmatycznymi atakami rechotu. Jebać
rzeczywistość,, która jest w zaawansowanym stanie rozkładu. Nie musimy na to
patrzeć, wystarczy odwrócić ukradkiem wzrok w stronę cudownego mirażu. Wystarczy
leżeć bez ruchu. Wystarczy lekko rozchylić powieki, to wszystko co musi zostać
zrobione.
Plaża jest szeroka i ciągnie się przez trzy czy cztery
kilometry. Październik... albo listopad, jakie to ma znaczenie? On i tak nie
zna się na miesiącach. Kuca i na brudnoszarym piasku kreśli wielkie, nie mające
żadnego znaczenia symbole. Robi to dokładnie i powoli jak gdyby widział ułożenie
dokładnie stawianych linii gdzieś za swoimi oczami i tylko je powielał. Chłodna
woda od czasu do czasu dosięga jego bosych stóp, moczy spodnie, zmazuje część
znaków. Natychmiast je przerabia, transformuje w coraz to nowe, bardziej
skomplikowane piktogramy. Powietrze pełne jest zapachu wolnej, nieskrępowanej
niczym przestrzeni. Nie widać chmur ani słońca. Jednolita szara tafla miesza
się z niebieskawą, gdzieś w okolicach widnokręgu. Słychać monotonne zawodzenie
jakiegoś ptaka. Siadam na wilgotnym piasku i patrzę. Biorę głęboki oddech.
Ozon. Z zaostrzonym patykiem w dłoni mamrocze pod nosem, niezrozumiałe urywki zdań łączą się w jego ustach w
surrealistyczny bełkot. Kładę się. Na moich plecach piasek odciska mokrą plamę.
Czuje jak wchodzi w moje włosy. Jest bardzo drobny, wnika we mnie. Poszczególne
cząsteczki znajdują puste przestrzenie pomiędzy molekułami mojej skóry i
wypełniają je.
Nie widze nic poza idealnie szarą tarczą ciężkiego, jesiennego nieba. Zaczyna mżyć. Moje kończyny sztywnieją, krople rozbijają się na mojej twrzy. Drżę, tzrnsę się zaciskam dłonie w pięści i okładam nimi drobny pisek, kopię, szamocę się. Nie wiem co dalej.
Nie staram się już niczego zrozumieć. A może mówię tak tylko,
bo „rozumienie” jest kolejną rzeczą, do której przestałem być zdolny? Najpierw
ucieka dźwięk, wszystkie odgłosy rozmywają się do jednolitego szumu. Obraz
ciemnieje, nie widzę nic oprócz małej jasnej plamki, będącej w rzeczywistości
ekranem sporego telewizora. Jest bardzo odległa. Znika. Pisk. Nie potrafię już
szerzej otworzyć oczu. Strach miesza się z ekstazą. Czuje zimny pot, który
spływa po moim czole. Koszulka, którą mam na sobie nasiąka nim i staje się
obrzydliwie ciężka. Walczę o każdy oddech, walczę z mdłościami, walczę z
paranoją, która towarzyszy mi przy każdym kontakcie z jakimkolwiek człowiekiem.
Jest teraz silniejsza, setki... setki tysięcy razy. Jej wartość rośnie
kwadratowo, sześciennie. Nie mogę dłużej wytrzymać i podświadomość zaczyna
wrzeszczeć matrę. Jej słowa odbijają się we wnętrzu mojej czaszki, nachodzą na
siebie, mieszają się. Powoli... bardzo powoli odzyskuje wzrok. Świadomość
przychodzi dużo później. Wszystko trwa kilka minut.
Każdy wykonany gest przekazuje mi wiadomości. Każde słowo
jest rzuconym wyzwaniem, które trzeba albo podjąć, albo zrobić unik, albo
przyjąć. Zdania wyposażone w bagaż podtekstów, poukrywanych po najciemniejszych
zakamarkach znaczeń. Labirynt komplikujący się z każdą minutą. Przechodzę na
drugą stronę lustra wprost do krainy drugiego dna, która trzyma mnie z tyłu, za
boleśnie wykręcone ramiona i uderza po głowie gumowym młotkiem. Powoli,
miarowo. Śmiejemy się, oboje. Co innego pozostaje? Trzęsę się zrzucając z
siebie brudne pomysły, wspinające się po całym moim ciele. Jak nagie, pozbawione
muszli ślimaki, pełzną w górę, ku głowie, zostawiając za sobą pasy gęstego,
indygowego śluzu. Wchodzą przez moje uszy, rozwarte w jakimś niemym
westchnieniu usta, wybijają moje oczy i zaczynają wypełniać puste oczodoły. Dostają
się do nosa. Krztuszę się, dusze. Wierzgam nogami, drżę. Chciałbym popłakać... może, słyszałem że pomaga... ale nie
znam sposobu. Nie wiem, w jakiej technice winno być to wykonane, w jaki sposób.
Stoję na wielkim przystanku autobusowym. Nie ma wiatru i
płatki śniegu spadają leniwie wirując w powietrzu. Ludzie stoją przy metalowych
koszach z żarzącym się koksem. Camel którego palę w ogóle mi nie smakuje i
zasadniczo nie mam na niego ochoty. Mija mnie grupka wesołych studentów,
odprowadzam ich wzrokiem i widzę rękawiczkę wypadającą z kieszeni. Patrzę na
nią i na jej oddalającą się właścicielkę. Zaciągam się papierosem. Chwilę
później jakiś bezdomny podnosi ją i odchodzi.
Czuje jak w moim ciele zachodzą procesy gnilne. Tkanka ulega
rozkładowi, rozpadowi na czynniki pierwsze. Odór towarzyszący tej mentalnej degradacji jest nie do wytrzymania. Przy nim
toczone przez larwy zwłoki nadają pomieszczeniu w którym się znajdują kojącą
świeżość morskiej bryzy. Boli mnie głowa. Dziś znowu słyszałem ten pierdolony,
elektrofoniczny pisk. Klatki odrywają się od filmu odlatując w nieznanych mi
kierunkach. W twarzach nie rozpoznaje ludzi. Wiruje. Wysyłam smsa, żeby wygrać
komputer. Próbuje zaproponować nowe koryta dla płynących oszczędnie słów,
znaleźć nowe rozwiązania ale wszystko żyje własnym życiem. Jestem zamknięty w
wielkim organizmie do którego muszę się dostosować. Którego organem muszę
zostać. Nie mogę się tego nauczyć. Jestem nowotworem. Muszę zostać wycięty,
odseparowany, wyeliminowany, poddany duchowej anihilacji.
Wpatruje się w jej poruszające się szybko kształtne usta.
Nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jakby ktoś wyłączył fonię. Patrzę na
wielkie, niebieskie oczy, ładnie zarysowany nos. Zdecydowanie należy do grona
„pięknych ludzi”. Jest też inteligentna, znacznie mądrzejsza ode mnie. Nie
czuje nic, ani fizycznie ani psychicznie. Analizuje czy wszystkie bodźce
zostały odpowiednio odebrane. Zostały. Pusta przestrzeń.
Nagle dźwięk powraca i dociera do mnie potok gównianych
ploteczek, które bombardują moje uszy z niespotykaną częstotliwością. Udaje że
cały ten stek bzdur mnie interesuje. Kalkuluje, mimo wszystko dobrze mieć paru znajomych
wśród pięknych ludzi.
Jak po piętnastu, długich latach można jeszcze nie nauczyć
się kogoś na pamięć? Nie można! Są ludzie, którzy, po prostu w pewien naturalny
sposób muszą mieć wrogów, czasem arcynienaturalnych. Czas jest spiralą,
wszystko się powtarza tylko przedziały są większe i może właśnie dzięki temu,
że udało mi się dojść do tego, jakże cudownie nowatorskiego inaczej, wniosku
jakoś nie jestem specjalnie przejęty całą tą sytuacją, a przynajmniej mniej niż
miało to miejsce zazwyczaj. Wszystko rozegra się według schematu, który sam
kiedyś rozpisał i wróci do normy. Wkurwia mnie jedynie fakt, że kiedy miałem
okazje się odwdzięczyć, nigdy tego nie robiłem. Cóż przyrodzona mi dobroć
kiedyś mnie zgubi. Z drugiej strony może wystarczy poczekać. Na wszystko
przychodzi kiedyś najodpowiedniejszy czas i miejsce.
Śnię coraz częściej, coraz realniejsze i coraz dziwniejsze
sny, których znaczeń nie rozumiem. Rzeczywistość spływa po mnie jak obfity
deszcz a ja zamiast otworzyć usta i pić, uciekam szukając schronienia.
Eliminuje powolutku kolejne elementy.
Myśli, które muszę wydalić przychodzą zawsze wtedy, gdy nie
mam jak tego zrobić. Gdy tylko znajduje sposób znikają. Stoję na balkonie, palę
camela i zastanawiam się nad dwoma rodzajami fajek. Tymi, które kończą się za
szybko i zostaje po nich jakiś taki niedosyt i tymi, które się gasi w połowie.
Moje myśli nie są ukierunkowane i do moich uszu dociera jakieś dziwne
popiskiwanie, wydobywające się jakby z elektronicznego urządzenia. Zastanawiam
się nad krystaliczną strukturą płatków śniegu. Mam nadzieję, że gdyby ktoś stał
obok mnie też słyszałby to popiskiwanie. Obok mnie nie ma nikogo, więc ciężko
jest zapytać. Pytam siebie, zastanawiam się czy naprawdę je słyszę i wtedy w
końcu cichnie. Myślę o sprawach, które muszę dzisiaj zrobić a których zapewne
nie uda mi się wykonać.
Chciałbym napisać powieść, która została by bestsellerem.
Nagrać kawałek, który zmiażdżyłby wiodące nurty muzyczne. Namalować obraz,
który dałby radę jeszcze czymś zaskoczyć. Napisać scenariusz, który…
Wyreżyserować...
Myślę co zrobiłbym gdybym dowiedział się, że w moim
ciele rozwija się rak. Że nie ma już szansy na wyleczenie, że są przerzuty i
został mi miesiąc życia. Analizuje możliwości. Zastanawiam się też, jakie
konsekwencje wyniknęłyby z sytuacji, w której z mojego życia znikają
poszczególni ludzie. Tak niewiele się zmienia. Eliminuje sytuacje,
w których bierze udział dana osoba z ogólnego schematu mojego tygodnia.
Podsumowuję go bez nich i porównuję z rzeczywistym. Tak niewiele się zmienia.
Wyobrażam sobie pogrzeb i zastanawiam się czy byłbym zaproszony na stypę i
jakie byłoby na niej jedzenie. Zastanawiam się nad reakcjami innych
występujących w tym samym środowisku, co ofiara osobników. Próbuję przeprowadzić
symulację dalszych wydarzeń, szczególnie tych na które dana śmierć miała by
największy wpływ.
Kobiety to dziwki, faceci to chuje, zarobki maleją, wydatki
wzrastają, dziura budżetowa rośnie razem z ozonową, która podobno jest
pierdoloną propagandą razem ze swoim bratem: efektem cieplarnianym. Mięśnie
kulturysty w cztery tygodnie, meta i fekalia wylewające się przez uszy. Walę
miarowo głową w biurko z każdym uderzeniem nabierając pełniejszej świadomości
na temat niezaprzeczalnego faktu, że każda moja myśl została już pomyślana,
każdy mój gest wykonany, każde słowo które powiem zostało powiedziane i każdy
mój ruch jest wtórny.
I znowu chce mi się rzygać. Tym razem z powodu pseudo
ideologicznego pierdolenia chorych umysłowo, ultraradykalnych feministek.
Nigdy, tak naprawdę, nie byłem seksistą, chociaż lubię sprawiać takie wrażenie
tylko po to żeby wkurwiać co poniektóre, obrzydliwie rezolutne, ukierunkowane,
określone światopoglądowo, ambitne dziewczynki. Niestety skutek jest taki, że
trzeba wysłuchiwać kolejnej porcji tego popapranego bełkotu. To sprawia, że
moja krew bulgocze i napływa do oczu w których pękają delikatne naczynka. W
mojej głowie pojawiają się takie obrazy, że zawstydziłbym Charlsa Mansona gdyby je zobaczył
i to wcale nie jest wpływ „american psycho” którą właśnie czytam (notabene jest
nieziemsko nudna), ale może być katalizatorem pewnej refleksji, która od dawna
czeka na swoje pięć minut. Chyba od zawsze miałem ciut sadystyczne zapędy, ale
staram się nimi specjalnie nie chwalić. I tak, tak zostanę mordercą-psychopatą
gdy dorosnę i popełnię najwięcej, najobrzydliwych zbrodni na tle seksualnym w
historii. A wszystkie dokonane będą na jebanych, ortodoksyjnych feministkach,
których jazgot zabija więcej moich szarych komórek niż jakikolwiek narkotyk i
sprawia, że mam ochotę smyrać się po skroni wiertarką udarową (Pi). Przepraszam moje nad wyraz wyzwolone panie, że się tak
nieładnie wzburzyłem. Ale za to macie moje stu procentowe poparcie w kwestii
aborcji, nawet tydzień przed porodem. Aha i byłbym niesprawiedliwy gdybym nie przyznał wam, że potraficie robić dobrą muzykę.
Po raz kolejny nurzam się w
wodach płodowych banału, zamkniętych w
wielkim brzuchu, rozdętej do granic możliwości tragedii. Jestem do niej
podczepiony szeroką pępowiną przez którą karmiona jest moja hipochondria; jej
wynikiem (czy wymysłem jak kto woli) jest owa tragedia. To samonapędzająca się
spirala, efekt węża zjadającego własny ogon. Trochę już mi brakuje siły żeby
szukać…
Wrzód w mojej nieświadomości
puchnie, już niedługo będzie tłusty i dojrzały z olbrzymią białą końcówką. Ktoś
go lekko szturchnie, delikatna, cieniutka błona pęknie i szerokim żółtym
strumieniem poleje się przyjemnie ciepła ropa. Będzie spływać malowniczymi
kaskadami po wewnętrznych stronach moich łuków brwiowych i zaleje mi oczy.
Stwardnieje i w końcu będę pogrążonym w introspektywnym bełkocie katatonikiem. Musze się stąd wydostać, ale nie potrafię
znaleźć drzwi.
…rozwiązań. Może problem tkwi
właśnie w tym całym labiryncie znaczeń, który ma tendencję do rozrastania się
gdy tylko zbliżam się do wyjścia? Musze skupić myśli, zebrać je jak owce które
rozlazły się we wszystkie strony po pastwisku, co do jednej, inaczej stado nie
będzie pełne a mój rozum kompletny. Chociaż z drugiej strony, tej którą gdzieś
głęboko ukryłem przed samym sobą wiem, że nie doprowadzi mnie to do żadnego
rozwiązania. Zapcha trochę czasu, skomplikuje sprawy i niczego nie rozwiąże.
Niech to kurwa jasny szlag.
Mam wrażenie, że powoli
przekraczam granice monotonii i okazuje się, że tam dalej jest jeszcze długa
droga wypełniona cykliczną mantrą przypominającą hipnotyczny stukot stalowych
kół wielkiego pociągu. I nawet już nie boli mnie to, że wszystko, codziennie
zdaje się być takie samo etc. Zaczyna mi to być obojętne. I to jest chyba w
końcu stan do którego dążyłem. Problem tkwi w całej liście rzeczy, które mają
dla mnie znaczenie a nie powinny. Musze koniecznie zrobić listę i zacząć
systematycznie wykreślać!
Z każdym oddechem czuje miliony obumierających szarych
komórek. Wszystko co wiem powoli, lecz nieustannie paruje, uwalnia się i
wzlatuje w stronę olbrzymiej, niebieskiej otchłani rozpostartej nad moją głową.
Każda twórcza czy kreatywna myśl jest jak balonik wypełniony helem, który
zerwał się ze sznurka. Chciałbym nazwać stan w którym się znajduje ale nie
potrafię odszukać określenia.
Diagnoza nieznana.
Diagnoza nieznana.
Resztki treści stają się coraz bardziej eteryczne, ulotne.
Jestem eksperymentem laboratoryjnym, zawieszonym w próżni o temperaturze 36,6 stopni Celsjusza
z niezliczoną ilością sond powbijanych w moje ciało, inwigilujących wszystkie
moje funkcje życiowe, poznawcze, emocjonalne itp. Dane są gromadzone,
przetwarzane i za pomocą innych sond które przebiły moją czaszkę i wwierciły w
szarą tkankę, wprowadzane do mózgu. Układ mentalny tłoczy nieustannie tą bezpostaciową
limfę myśli, wyobrażeń i całego tego szlamu generowanego przez wielkie
pomarszczone serce, zamknięte w czaszce. Światłowodowe żyły i tętnice tego
układu oplatają ciasno cały glob i rozprzestrzeniają wirusa którym i ja jestem
już zakażony. Wszystko to drży, pulsuje niemalże w epileptycznym tempie. Skurcz
i rozkurcz, skurcz i rozkurcz. Spazmatyczna seria wymiotów.
Tak, to jest właśnie najgorsze. Że opinia tych wszystkich
fanatycznie pragnących życia pojebów jest dla mnie ważna. Nie mam ochoty udawać
znowu Jezusa, mam gdzieś wszystkie głodujące dzieci razem z ich wydętymi
brzuszkami, martwymi mamusiami i tatusiami. Mam wyjebane na ciągle skanującego
mnie, kapitalistycznego wielkiego brata, establishment, wyzyskiwany Meksyk,
AIDS w Afryce, najwyższy współczynnik samobójstw w Japonii i handel ludźmi w
XXI wieku. Wykładam pałe na to, że okradam setki artystów i faktycznie argument,
że robią to wszyscy jest wyjątkowo gówniany, tak naprawdę po prostu mnie to
jebie, tak po prostu, bez żadnego górnolotnego i przemyślanego uzasadnienia. A
to, że kradzież muzy jest dopuszczalna społecznie bo brak jej niejako
fizycznego aktu to jeden z najbardziej zjebanych wniosków jaki słyszałem. Gdyby
w pełnym centrum handlowym na dwie godziny zgasło światło, ochroniarze zakryli
by swe śliczne oczęta a z głośników popłynął by słodki głos pani z obsługi
klienta oznajmiający, że wszystkie wyjścia są otwarte i cały personel liczy na
uczciwość klientów, to wybaczcie, że kurwa będę ciut cyniczny ale nie sądzę by
po tych 120 minutach wiele zostało.
Poza tym jestem sporo za młody żeby się nad tym wszystkim
zastanawiać a etap „buntownika z wyboru” krzyczącego głośno „fuck u i don't do
what u tell my” przeszedł mi jakieś pięć lat temu.
Okazuje się, że bycie moralnym, poukładanym, mającym własne
zasady ale niekiedy zawadiacko je łamiącym gościem, który jest uzdolniony w
naprawdę wielu dziedzinach ma zajebiście wysokie IQ, studiuje w pięknym
Wrocławiu a najlepiej jeszcze będącym po ciężkich przejściach (nieważne jakiej
natury) jest niesamowicie pożądane.
Niestety Kurwa… moja moralność pozostawia wiele do życzenia,
nie myślę o swojej przyszłości, nie biorę udziału w wyścigu szczurów, nie chce
być najlepszy w swoim fachu, nie jestem szeroko uzdolniony i choć bardzo bym
chciał być geniuszem mój mózg nabił jedynie 95 punktów na teście mającym
mierzyć inteligencję. Nie ma ani jednej, nawet wąskiej dziedziny na temat,
której mógłbym powiedzieć: „znam się na tym”. Zdarza mi się być naprawdę
przykrym bez żadnego powodu i z chęcią znęcałbym się nad słabszymi, by podnieść
poczucie własnej wartości, niestety nie mogę tego robić bo słabsze są tylko 10
letnie dzieci.
Aha, byłbym zapomniał a to akurat jest dobre, przy tym
wszystkim jestem megalomanem! Naprawdę wybaczcie że zawiodłem i nie spełniłem
oczekiwań, czuje z tego powodu dojmujący smutek. Może w następnym życiu uda mi
się być wspaniałym, czułym i odpowiedzialnym idealistą, który stara się sprawić
by świat był choć odrobinę lepszym miejscem. Porzucę dualizm który pozwala mi
być hedonistą i abnegatem jednocześnie i będę wytrwały w dążeniu do
doskonałości, odnosząc szereg heroicznych zwycięstw nad szeroko pojętą abulią. I
nie będę się śmiał z mojej hipokryzji bo jest to krańcowa głupota i nietakt. I
będę czyścił kotu kuwetę, wynosił śmieci i nie obgryzał paznokci i ścielił
łóżko.
On: Znowu wszystko skończy się tak samo, wiesz?
Człowiek bez podmiotu: Tak… tym razem zaczęło się inaczej,
rozwijało się inaczej ale tak skończy się tak samo.
On: Nie, nie było żadnej różnicy. Na drobne szczegóły nie
warto zwracać uwagi. Który to już raz?
Człowiek bez podmiotu: hmm… trzeci? Nie wiem.
<On wyciąga z kieszeni na piersi paczkę papierosów
marlboro i zapałki. Wkłada jednego do ust i odpala zapałką.>
On: Wiesz to zabawne. Siedzieć tu z boku i oglądać twoje
oczy. Są wpatrzone w ich plecy, później zataczają szeroki łuk jakbyś chciał je
zamknąć, oślepnąć, wykłuć je byle odciąć bodźce świetlne. Potem widzę
poruszające się powietrze. Fala dźwiękowa która uderza w twój bębenek i z
tępym, bolesnym stuknięciem odskakuje. Jakbym uderzył metalowym młotkiem w
kostkę brukową. Doskonały przykład na szkodliwy wpływ śmiechu na zdrowie
człowieka.
A wiesz co jest najlepsze?
Człowiek bez podmiotu: hmh?
On: To że nie robisz nic. Bo nic nie potrafisz zrobić. Bo
nikt nie wstrzyknął w twoje żyły tego serum dzięki któremu człowiek wie o co w
tym chodzi. Ty nie wiesz. Brakuje ci elementu, niezbędnego procesora, który
przetwarza dane dotyczące tej kwestii. To dlatego nie potrafisz pojąć systemu
banałów, tych wzorców, schematów zachowań dzięki którym można z powodzeniem iść
szeroką drogą, która dla ciebie jest labiryntem. Chcesz się ich nauczyć, ale to
niemożliwe, bo nie masz ich już gdzie zapisać.
Komunikat:
Błąd numer: 254684438746461384
Błędna ścieżka dostępu. Aplikacja o danej nazwie nie
istnieje.
Jeśli sytuacja się powtórzy skonsultuj się ze sprzedawcą.
<On odwraca głowę od wielkiego ekranu LCD, śmiejąc się.>
On: Piękne prawda? Nawet twoje wspaniałe 140 punktów nie
potrafi tego obejść. Ten wirus jest idealny, czarnobyl przy nim to piaskownica.
Zablokowanie tej ilości połączeń między neuronami to cud. Tak, tak niewielu jest ludzi którzy
mogli by cię z tego wyciągnąć. Szansa że ich spotkasz w tym życiu wynosi jeden
do dwóch milionów. Może zacznij grać w totolotka?
<On zanosi się głośnym śmiechem>
Poziom mojej naiwności zaczyna przekraczać granice, po długiej i uciążliwej drodze, utykaniu w rozmaitych korkach, paru stłuczkach, odwiedzeniu niezliczonych miast i wsi etc. pokazuje paszport i z uśmiechem na twarzy oraz poczuciem samorealizacji wjeżdża do Związku Onaniztycznych Republik Głupoty.
Bo czym jest wmawianie sobie bzdur wyssanych w gruncie rzeczy z palca, jak nie psychiczną masturbacją, która wzbudza złudne poczucie kalekiego, wypaczonego szczęścia? A kiedy mija moment odurzenia cudownym kłamstwem widać igłę, która przeszła przez moje ucho, przebiła bębenek i wpakowała w mózg kosmiczną dawkę syntetycznej radości.
I fale lodu i fale magmy i obrzydzenia i każdy dotyk jest śliski i obleśny a każde słowo ocieka gęstym, niezidentyfikowanym, ciemnoniebieskim szlamem. Nie mam ochoty obracać tej olbrzymiej kuli pod moimi stopami nigdy więcej, bolą mnie od tego mięśnie i mam zakwasy. Jestem zmęczony terminami, definicjami, określeniami, klasyfikacją i racjonalizmem który nigdy nie był racjonalny. Zmęczony, sinusoidalnym biegiem myśli gdzie okres opiewa na kilka nanometrów a amplituda na lata świetlne. Wybuch na słońcu, temperatura -235 na plutonie, słońce, pluton, słońce, pluton, moja głowa pęcznieje, wzdyma się oczy zapadają się do wewnątrz czaszki, implozja, eksplozja, implozja, eksplozja, nie mogę krzyczeć nikt nie uwierzy, implozja eksplozja, pobłażliwe uśmiechy, implozja eksplozja, nawet ja, implozja eksplozja, nie wierze i zaciągam, zamykam, rygluje głęboko na dnie...
to taka lekka migrena nic więcej.
Designed by Nesca 2004
|
|
Archiwum
2011
|
|