started coming on like leeches

Wszystko sprowadza się do pozornie pozbawionych wagi rozszczepień, niedomówień, nie do końca zakończeń. Na wszystko mogę sobie pozwolić, wiec na nic nie starcza, tylko robi się eteryczne, enigmatyczne, lotne i znika. Są jeszcze ciągle pola na których nie polegliśmy - polaroidy. Czarne kwadraty powoli klarujących się myśli porozrzucane w mojej głowie. Wyłaniające się nieskładne notatki chwil nieistotnych, gestów bez znaczenia. W centrum pokrętnych skojarzeń, zakręconych imaginacji i spirali przekrętów stoję ja. W dloni śrubokręt, rachityczne berło ośroconego, przez swe królestwo króla.
Krążą. Widzę jak ich twarze krzywią się, zmieniają. Zaczynają przypominać moją własną. Obłęd nieświadomych naśladowców wypełnia wszystkie zwierciadła. Przestaje być pewny własnego odbicia, które może nie być już moją własnością, nie na wyłączność. Jak rozpoznać prekursora, jak sprawić aby był rozpoznawalny? Bo kim jest projektant, jak nie zlepkiem fragmentarycznych projektów swoich ojców? Gdy nowym zaczynamy nazywać stare, ustawione jedynie w niespotykanej dotąd kombinacji. Jak rozwinąć każde jedno, z niezliczonych ramion? Jak rozwinąc pierwsze z nich?


follow-the-white-rabbit 2011-02-11 00:53:31
skomentuj (7)


Teenage Wife
Kiedy przyjdzie dzień, gdy skończą się pozbawione konkretnego słuchacza spowiedzi. Długo zastanawiałem się czy zakończyć to zdanie znakiem zapytania czy postawić przecinek.

Chwała ci chwała! I rozszeżona świadomość tańcząca w rytmie rogatego boga.
Gdy wykluczamy cały twój chory altruizm pozostaje pytanie: Co jeszcze możesz mi dać? Na co możesz się przydać? Co ja mogę dać tobie? To zabawne, myśleć nad rzeczami zapomnianymi, rozważać sytuacje minione. Ile już lat, trwa to symultaniczne "bycie sobie"? Nie wiedzieć czemu nigdy nie założyłem, że jesteś rozwiązaniem, że potrzebuje krucjaty, że potrzebuje ruszyć żałośnie leniwe dupsko i wyjechać do żywej mekki, którą prawdopodobnie jesteś. Czasem lubie myśleć, że moment w którym miała być podjęta akcja minął bezpowrotnie. To sprawia, że moje konsekwentne błądzenie jest usprawiedliwione. Tylko że to gówno prawda.
Gdybym tylko mógł być urojeniem, mieszkającym w twojej głowie.


follow-the-white-rabbit 2010-12-01 01:53:26
skomentuj (2)
Piss Boy

Nie jestem ślepy. Po prostu z jakiegoś powodu nie chcę otworzyć oczu. Na wszystko przychodzi kiedyś czas. Na razie nie mogłem skorzystać z perspektywy, która roztacza przede mną paletę wyborów. To kwestia bazy danych, sumy odrębnych informacji o sobie samym, składających się na odrealnione ja. Określone ja, które dopuszcza jedne wzorce zachowań a inne odsyła w grubej kopercie z papieru czerpanego z czerwonym stemplem „odrzucone”. Niestety puki co robi to bez powiadamiania o czymkolwiek części świadomej. Umiem to kontrolować. Czasami.


To jak szkolenie parana bindu, dotyczące jednak umysłu nie mięśni. Przeszkodą są wyuczone odruchy, bezpieczne zachowania, ujęcia statyczne. Nie potrzebuje czasu, on będzie musiał przyjść mi z pomocą nieco później. Potrzebuję odpowiednio silnego bodźca.


To wszystko pięknie, wspaniale. Znowu zataczam krąg. Już widzę wyjścia, znalazłem ich setki. Ale coś jest nie tak bo nie potrafię wyjść. Myślenie, że posiadanie instrumentu, równoznaczne jest z byciem wirtuozem jest śmieszne. Jednak bez niego nawet dążenie do mistrzostwa jest niemożliwe.

Zdobycie go nie jest najłatwiejsze ale to początek.


Stara się wszystko podporządkować woli. Nie przyjmując do wiadomości argumentacji dowodzącej oczywistych błędów. Dane znów są sprzeczne, dokumentacje niekompletne. Zgubił się w gąszczu definicji, algorytmów mających dawać jasne odpowiedzi. Cień musi być palony umiejętnie. Szczątki, nierozrzucone popioły są jak niewyciągnięta kula infekująca ranę. Gangrena. Obetnij mu członki.


Czy anomalną budowę narządów odpowiedzialnych za postrzeganie można wykorzystać?



follow-the-white-rabbit 2010-10-27 02:50:41
skomentuj (9)
preambulum

Nie chodzi o głupie trzymanie się idei. To kwestia niepodważalnego rozwoju którego koniec jest nieco dalej niż się spodziewałem. Ale to nie ma większego znaczenia. Można wejść w posiadanie wszystkiego.

Rozgraniczam, rozdzielam, klaruje. System zostaje wprowadzany a sznurki zwisające z moich palców wyzwalają się spod jarzma licznych kołtunów i węzłów.


Ale nie rozwiązuje to problemu dotyczącego ciebie. Nie wiem jak przeprowadzić rozwój w tym przypadku i ta luka zaczyna mnie drażnić. Sadyzm z którego nic nie wynika przekształca się w rutynę a ta z definicji nie jest zabawna. Zresztą... nie może to być nic tak skomplikowanego jak mi się wydaje.



follow-the-white-rabbit 2010-10-15 03:32:44
skomentuj (6)
Becouse You Wanted It

Gdy nie wiedziałem czym jest, błagałem by otrzymać. Wyciągałem ręce ku niebu a mój wrzask wzlatywał ku bezbrzeżnej otchłani czystego błękitu. Słyszałem proroctwo. Atakowało mnie swymi groźbami poprzez usta moich przyjaciół, słowa widzących i szklane ekrany.

Wizja bólu rodziła, płynącą szeroką wstęgą, kpinę. Nie wierzyłem, nie ustając w gorących prośbach.  A zawsze gdy prosisz wystarczająco mocno zostaje ci dane.

Nie wiedziałem nawet, że nadeszło. Wszystko co czytałem, wszystko co odkryłem, objawy które rozpoznawałem to nic nie daje. On potrafi wyślizgnąć się wszelakiej definicji. Nie da się go złapać jak nie da się pochwycić samego siebie.

I tak zacząłem prosić by mnie opuścił. Nie wiedziałem jak ciężkie jest brzemię, które tak desperacko starałem się zdobyć. Czy dawało to wszystko co chciałem mieć? Myślę, że dawało o wiele więcej.

I wszystko było by prostą przypowieścią, gdyby nie to, że teraz mi brak. Wiem, że tym razem pójdę krok dalej. Wrócę z przestraszonymi oczyma i drżącymi rękoma, dziękując że to już koniec. Ale i tak zrobię to znów, by zrobić jeszcze jeden krok wgłąb i jeszcze raz i jeszcze...

Tu nie chodzi o balansowanie na krawędzi.

To coś w rodzaju misji, przeznaczonej mi karmy z którą muszę w końcu popłynąć.

Marionetki, lalki, kukiełki. W ten sposób jest łatwiej, ze znieczuleniem z znieczulicą. Czy to źle, że bawi mnie twój ból? Jest w nim coś groteskowo śmiesznego, co budzi ten miły dreszcz. Znowu... Widzę pełne ufności oczy zalewane powoli gęstym zaskoczeniem. Ojej, co się stało?



follow-the-white-rabbit 2010-09-29 23:46:29
skomentuj (1)
Get Yourself High

Jeśli chodzi o szczerość. Moje szczęśliwe dzieciństwo pochowało się po krótkich, niełączących się ze sobą chwilach. Gdzie podział się bohater, którego każde dziecko powinno znaleźć? Oś, wokół której te wspomnienia mogą spokojnie orbitować. Czas już dawno przyśpieszył a ja, mimo że ciągle bardzo młody, próbuję go cofnąć. Jak osiemdziesięciolatek zamknięty w ciele studenta. Nie byłem najnormalniejszym dzieckiem, ale u dzieci to chyba całkiem normalne. Przegapiłem kilka etapów gdzieś w okolicach dorastania i kilka na długo zanim się w ogóle zaczęło. Teraz zastanawiam się czy miało to wpływ na niebieski dym, który kłębi się w przestrzeni za moimi oczami. Z czego utkany jest kaftan krępujący moje ruchy? I stoję w prawej ręce trzymając dłoń nienawiści a w lewej zazdrości. Nie chodzi nawet o przygnębienie, rzadko bywam przygnębiony; to coś innego. Łapie cię za włosy i odchyla głowę aż słyszysz trzask własnego kręgosłupa i dreszcz. Zaczyna się w potylicy i obejmuje barki, plecy… zatrzymuje się w okolicach nerek. Nie jest ani zimny ani gorący, jest zbyt przyjemny. Wiruje, jak zawsze.

 

To zastanawiające, dlaczego właśnie tacy się znajdują. A może nie, może to oczywiste. Scenariusz jak dotąd się powtarzał. Rozpracowuje, nie śpiesząc się zbytnio. Wiele rzeczy jest kwestią czasu. Otwierasz drzwi, jedne tu inne nieco dalej. Metodyczna budowa skomplikowanej maszyny. Wiele elementów, wiele potencjalnych możliwości, wszystkie tryby, przekładnie; wirują. W pewnym momencie przychodzi dzień, w którym sami sięgają po kolejną klamkę, ale drzwi są zamknięte. Próbują kolejnych, rozpaczliwie starając się dotrzeć do tego, co ukryte, bo złota puenta przecież jest gdzieś przy końcu. Ale żaden zamek nie jest już otwarty. Rzeczywistość rozbiera się i gdy jest kompletnie naga okazuje się, że zawsze ślepych zaułków było znacznie więcej niż wolnych przejść. Biały królik rozgrywa partię szachów, siedząc na wielkim wiktoriańskim fotelu obitym zieloną skórą. Po każdym ruchu śmieje się, tańczy otoczony przez welon epileptycznej radości. Stoję obok, patrzę jak bardzo go to bawi i nie próbuję powstrzymywać, choć już wiem, że to sadyzm. Wyrachowany, przekalkulowany… to jedna z rzeczy, w których jestem naprawdę niezły, chociaż w zasadzie do dziś nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jestem pamiętliwy, ale nie mszczę się. On robi to za mnie.



follow-the-white-rabbit 2010-06-27 00:16:30
skomentuj (9)
who's gonna save my soul

Bóg to rodzaj niezwykłego stanu świadomości, zdającego sobie sprawę z ruchu każdego, pojedynczego włosa na twojej głowie. Z każdego atomu będącego częścią łuszczącej się skóry, która z niej spada. I wszechświata, który jest kwarkiem w nieporównywalnie większej rzeczywistości. Coś ciągnie mnie w stronę, której nigdy nie chciałem wybrać. Może to potrzeba metamorfozy, potrzeba wyrwania się z tego mglistego osiedla w tym sypiącym się mieście. Może to potrzeba odseparowania się od tej chorej atmosfery, której nie są obce rozmowy o wkładaniu w odbyt sondy zakończonej dziadkiem do orzechów w celu wyrywania zębów od strony przełyku. Jest w niej ciepło, przyjemnie. Otaczają mnie wody ustrojowe a przez pępowinę tłoczone są toksyczne fekalia. Pompę zasilam własnymi mięśniami. Wszystko sprowadza się do tego samego. Nie poszukuję a czekam na poszukującego, na znalazcę.


follow-the-white-rabbit 2010-06-24 23:21:50
skomentuj (3)
strange days

Pierwszy letni dzień odbił mi się tanią mrożoną pizzą, niewiele droższymi lodami i jeszcze czymś nieznanym, czego nie potrafię zidentyfikować. Przybywa wieczorów wypełnionych dziwacznymi spojrzeniami, szczenięcymi niedomówieniami i popierdoloną farsą, w której sam z chęcią biorę udział. Wszystko po to, by zobaczyć w lustrze mętne spojrzenie wypełnione przekrwionym szczęściem. Telefony, telefony to tylko ja. Doprowadzają mnie do szału, nie mam ochoty podejmować wysiłku. Życie bez konfrontacji, bez sprawdzania się, bez rywalizacji bez pulsu i oddechu. Letarg uwięziony w labiryncie niemalże nieustającej fazy. I Jezus, który wciska w moją skroń zimną lufę wielkiego magnuma błagając o pomoc. Głos mu się łamie a ręka trzęsie, niewyobrażalna empatia sprawia, że przestrzeń wokół nas jest gęsta jak kisiel. Robi mi się niedobrze i zaczynam wymiotować. Ciągnie za spust... a może nie, tego już nie pamiętam. Nie jestem do końca przekonany czego chcę, ale on chyba też nie, dlatego nie czuję się z tym najgorzej. Wszystko jak zwykle wiruje i osiągam w końcu stan, w którym nie chce mi się nawet próbować. Lewituje wraz z myślami, które nie potrafią złapać żadnego konkretnego kierunku. Ciało zaczyna być bezkształtnym zlepkiem wgłębień i odstających kończyn, protestuje, wygląda jak daleki znajomy. Tańczący nago, naćpany Morrison wrzeszczy, że to jednak jeszcze nie jest koniec. Specjalnie tamtędy zawsze przechodzę, żeby dostawać migotania komór za każdym razem, gdy dziesięć centymetrów ode mnie wyrasta ciemna sylwetka, bywają tam za często. Obserwują, widzą, spisują.

 



follow-the-white-rabbit 2010-06-07 13:29:38
skomentuj (1)
I Just Don't Know What To Do With Myself

Narażam mój żołądek na fale dzikich, niepohamowanych skurczy. Gardło na podrażnienie, śluzówkę na wypalenie. Zburzcie świątynię mojego ciała a ja w trzy dni ją odbuduję.

 

***

 

 

„Nawet najbardziej pierwotne odczucia związane z anihilacją winny być poprowadzone drogą finezyjną, niepozbawioną licznych meandrów, zawirowań, zwrotów itp. Nienawiść jest jednak siostrą głupoty, ta z kolei zasługuje na najwyższe potępienie. Niespożytkowane pokłady gromadzonej przez lata energii nie powinny być skierowane w stronę jej posiadacza.”

 

***

 

 

Miliony konceptów szturchają go patykami i już chwilę później ich nie ma. Nie staram się ich łapać. Ambicja prowadzi do wtórności, powielania wszystkich znanych motywów w nieco innym świetle, nieco innym ułożeniu, nieco inaczej ubranych. Masturbacja ku chwale niedoścignionego ideału, który samemu się uosabia. Czy przypinanie, tej samej obleśnej kurwie coraz to nowych, bardziej wymuskanych falbanek i koronek nie jest stratą czasu?

Panta rhei, ale nic się nie zmienia. Czy jeśli obedrzeć, oskubać, ogołocić...

Nagie okaże się, że rdzeń, na który kunsztownie narzucane były wszelakie ozdobniki jest tylko truistycznym pierdoleniem godnym rozdygotanej emocjonalnie nastolatki. Cały świat miraży pęka i rozpływa się i gdy zostajemy sam na sam meritum, okazuje się że wszystko ogranicza się do instynktu. Rozbieram się, na czynniki pierwsze. Odrzucam wszystko co mną nie jest, szukając świadomości świadka. Kiedy kończę okazuje się, że oprucz zlepka umiejętnośći, przyzwyczajeń, upodobań i tym podobnych pierdół które ostatecznie są tym co posiadam a nie mną samym... nie ma nic. Cała misternie utkana ontologia idzie się jebać. Nie rozumiem mechanizmów, które kierują tokiem moich myśli. Nie rozumiem archetypu samca alfa. Nie rozumiem układów koegzystencjonalnych, trybów kooperacyjnych, wdrażania się w złożoną z większej liczby elementów całość. Pierdolić sondy syntetyczne a priori i samego Kanta. W dupe. Wszystko to gówno prawda.  



follow-the-white-rabbit 2010-04-25 13:46:41
skomentuj (4)
pandemia

Czuje zawód. Całe to zasrane zbiorowisko wszelakiego śmiecia, dumnie noszące nazwę "społeczeństwa", naprawdę głęboko mnie zawodzi. Każdego ranka pokładana w nim, przeze mnie, nadzieja zaczyna się kurczyć na podobieństwo kamfory aż zupełnie znika razem z ostatnimi promieniami słońca. Znowu gdzieś na obrzeżach imperium mojej niewiedzy zaczyna z coraz większym splendorem się odzywać: Ludobójstwo, wyzwolenie gatunku ludzkiego od nich samych. Cały glob skąpany w posoce prawie siedmiu miliardów zbawicieli, mesjaszy. Skrajna megalomania, która rozsadza moje członki, wzbierająca agresja, która bulgocze tuż pod skórą, spontaniczne widzenia. To wszystko sprawia, że zaczynam tracić koneksje łączące mnie z ciężkim, solidnym racjonalizmem, którym kiedyś się szczyciłem. Tak trudno jest znaleźć ludzi, których myśli pozbawione fizyczności, nadal są atrakcyjne. Mówienie do tych mas bezmózgiego ścierwa przeraża mnie. Dziś myślałem, że naprawdę zrobię jej coś złego. Wokół mnie rósł cyklon z rozmaitymi pomysłami na odbieranie życia a ja zaciskając zęby starałem się odciągnąć myśli od narastającej orgii w klimacie gore. Jadąc w zatłoczonym autobusie łapię się na kalkulacji, ilu ludzi dałbym radę zabić gołymi rękami zanim zostałbym obezwładniony przez resztę. Ilu dałbym radę przy użyciu dużego, kuchennego noża a ilu przy użyciu beretty 92SB i o ile było by to efektowniejsze gdybym miał rewolwer magnum 44.

Musze przestać produkować te faszystowskie brednie, ale myśli o szeroko pojętej eksterminacji przyprawiają mnie o podszyte ekstazą ciarki. 

 



follow-the-white-rabbit 2010-03-09 23:09:45
skomentuj (15)
śmierć na pięć

Jestem rozjątrzoną raną w brzuchu sympatycznego, młodego człowieka. Sympatyczni, młodzi ludzie wypełniają moje zatoki. Rozpychają je od środka do nienormalnych rozmiarów, aż moje łuki brwiowe puchną, napęczniałe gęstą, kreatywną myślą sympatycznych, młodych ludzi i ich ciałami które w niej pływają. Te ciała… obficie ozdobione makijażem, włosy grube, odżywione, zęby białe, perliście, sylwetka wyrzeźbiona, na starogrecką modłę. Te ciała przy każdym najmniejszym ruchu obijają się o wewnętrzne ściany zatok, bolą mnie, wszystkie. Ich żółta myśl gromadzi mi się w kącikach oczu kiedy śpię a gdy rano ją wydłubie wypływa, nieco rozwodnioną zawiesiną. Zbieram ją by otrzymany został klarowny przesącz. Osad zdrapuję a następnie wcieram w wewnętrzną stronę prawej powieki. Przesącz wstrzykuje w mój spragniony wrażeń rdzeń kręgowy.

Nie jestem do końca pewien jakie uczucie wywołuje we mnie gorzki smak tej zardzewiałej suki. Omne ignotum  pro magnifico nawet gdy znam tą zależność. Ale w przypadku wszystkiego co mnie otacza, teoria nie pokrywa się z praktyką a to z kolei niszczy główne arterie informacji. Bazy danych są wypełnione sprzecznymi komendami. Te z kolei doprowadzają do deprywacji już i tak wypaczonego systemu. Utrzymuje w pionie wiecznie walące się ściany, czując się jakbym ciągle sięgał do głębszych rezerw energetycznych. Nie znajduje sposobu na uzupełnienie braków. Na razie posiadam jedynie mgliste przeczucie dna, ale jeśli ono istnieje, niech nigdy nie dane mi będzie żeby palce mojej sięgającej po jeszcze dłoni. go dotknęły. Słucham w najwyższej dostępnej mi jakości, specjalnie spreparowanych dźwięków które biorą w swoje, żylaste, silne dłonie moją osobowość i gniotą ją jak ciasto. Być może dzięki temu usunę hiperstezje pewnych fragmentów kory mózgowej.



follow-the-white-rabbit 2010-03-04 22:25:41
skomentuj (6)
imperializm (malkontent vol. II)

Paniusie dekadencko zakochane w literaturze, kawie, cienkich, mentolowych papierosach, Tiffanym, Fellinim i Chaplinie. Paniusie buntowniczo zakochane w rhcp, radiohead, tool anoreksji, bulimii, schizofrenii, piercingu. Dziewczynki co lubio koniki i smoky. Abstrahuje od szeroko pojętego gatunku, który orbituje wokół różu, plastiku itp. Ooo ale jak już przy tym jestem: New rave paniusie. Następny gatunek, którego szczerze nienawidzę: Młode matki. Osierociłbym te wszystkie wpadki z pierwotną przyjemnością. Ale wracając do naszych pierwszych delikwentek, bo się zagalopowałem nieco.

 

- Bo otoczenie mnie do końca nie akceptuje.

- Dlaczego?

- Myślę, że może to być spowodowane tą szczyptą ekstrawagancji, ekscentryzmu.

 

Didaskalia: Lekki śmiech stylizowany na nieśmiały, dzięki czemu mówiący: „Jestem już dorosłą odpowiedzialną kobietą, ale mam w sobie też dużo z dziecka, dzięki czemu jestem taka wyjątkowa i szalona. Bo dzieci wyróżnia ta ciekawość, no wiesz (z wyższością) ciekawość świata: domena filozofów.”

Na moje czoło wychodzi wielka, tłusta, napęczniała, niebieskawo-zielona żyła i zaczyna stepować. Myślę o tym jak bardzo była by ekstrawagancka z imadłami na policzkach, które powoli zakręcam. Jak bardzo oryginalny kształt przybrało by twoje oko gdybym wbił w nie igłę i wyssał strzykawką tą flegmę, która jest między źrenicą a siatkówką a później wstrzyknął ci to gówno w język. Jak intrygująca stała by się twoja gładka twarz gdybym spróbował zedrzeć z niej puder obieraczką do warzyw.

Zastanawiając się nad tym wszystkim uśmiecham się tak słodko jak tylko potrafię. Niestety moja fizjonomia nie ma do tego odpowiednich predyspozycji i o grymasie, który właśnie przywarł do mojej twarzy można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest słodki.

A może to obrzydzenie, które bulgocze tuż pod martwym naskórkiem zaczęło być widoczne?

 

Musze tam niedługo wrócić. Jeszcze kilka dni i nocy i wszystko wróci do normy. Będziemy chodzić zorganizowani i poważni, uczesani i przezorni. Ale jeszcze dzisiaj i jutro, pojutrze i popojutrze…

 

Jeszcze dwa miesiące. Przez dwa miesiące tak mi odjebie, że będę się wysławiał jedynie monosylabami i wpieprzał kleik przez rurkę wepchniętą w gardło przez jakiegoś barczystego pana w białym kitlu. Przynajmniej nikt nie będzie specjalnie zdziwiony jak będę rzucać w odwiedzających własnymi fekaliami wrzeszcząc, że ich ubiór nie zachowuje zasad geometrii. Czy później nauczą mnie, w ramach resocjalizacji, zawodu spawacza i będę żył długo i szczęśliwie łącząc nierozerwalnie metalowe elementy, co dawać mi będzie satysfakcje i spełnienie? Zobaczymy.    



follow-the-white-rabbit 2010-03-02 16:37:26
skomentuj (1)
coffee and tv

Wystarczy leżeć bez ruchu. Cieniutka nitka śliny łączy moje rozchylone usta z mokrą poduszką. Skóra pod nosem jest tak sucha, że zaczyna się łuszczyć. Długie, posklejane brudem włosy opadają na twarz. Drapię się od niechcenia po głowie. Pod długimi paznokciami widzę żółtawy tłuszcz. Szybko je czyszczę, moja obsesja na punkcie dłoni to jednak sprawny mechanizm. Ale tak naprawdę niewiele mnie to obchodzi. Liczy się tylko ciąg obrazów tańczących przed oczami. Problemy są szybko rozwiązywane, wszyscy się śmieją. Zabawa, brak problemów, radość. Czuje jak moja, pełna ołowianych myśli, głowa robi się cudownie lekka. Spalam mosty, separuje się, nie dotrzymuje obietnic, odwracam się plecami. To wszystko jest za trudne. Wolę proste szklane, zabawne obrazy. Wysysają wszystkie moje wnętrzności jak wysysa się ropę z krwiaka. Wbijam w przedramię gruby wenflon podłączony do białego dwużyłowego kabla i wypełniam pustą skorupę płynnym, troficznym technikolorem. Gdy go nie było myślałem, że zwariuje. Zbyt wiele konceptów i przede wszystkim rosnąca, opuchnięta świadomość. Patrzyłem w lustro i mdliło mnie a teraz widzę tylko własne odbicie. Wystarczy leżeć bez ruchu. Wystarczy lekko rozchylić powieki, to wszystko co musi zostać zrobione. Predylekcja niewiedzy, gloryfikacja głupoty, onania upodlenia, upadek okraszany spazmatycznymi atakami rechotu. Jebać rzeczywistość,, która jest w zaawansowanym stanie rozkładu. Nie musimy na to patrzeć, wystarczy odwrócić ukradkiem wzrok w stronę cudownego mirażu. Wystarczy leżeć bez ruchu. Wystarczy lekko rozchylić powieki, to wszystko co musi zostać zrobione.



follow-the-white-rabbit 2010-02-27 17:34:47
skomentuj (4)
Burn My Shadow

Plaża jest szeroka i ciągnie się przez trzy czy cztery kilometry. Październik... albo listopad, jakie to ma znaczenie? On i tak nie zna się na miesiącach. Kuca i na brudnoszarym piasku kreśli wielkie, nie mające żadnego znaczenia symbole. Robi to dokładnie i powoli jak gdyby widział ułożenie dokładnie stawianych linii gdzieś za swoimi oczami i tylko je powielał. Chłodna woda od czasu do czasu dosięga jego bosych stóp, moczy spodnie, zmazuje część znaków. Natychmiast je przerabia, transformuje w coraz to nowe, bardziej skomplikowane piktogramy. Powietrze pełne jest zapachu wolnej, nieskrępowanej niczym przestrzeni. Nie widać chmur ani słońca. Jednolita szara tafla miesza się z niebieskawą, gdzieś w okolicach widnokręgu. Słychać monotonne zawodzenie jakiegoś ptaka. Siadam na wilgotnym piasku i patrzę. Biorę głęboki oddech. Ozon. Z zaostrzonym patykiem w dłoni mamrocze pod nosem, niezrozumiałe urywki zdań łączą się w jego ustach w surrealistyczny bełkot. Kładę się. Na moich plecach piasek odciska mokrą plamę. Czuje jak wchodzi w moje włosy. Jest bardzo drobny, wnika we mnie. Poszczególne cząsteczki znajdują puste przestrzenie pomiędzy molekułami mojej skóry i wypełniają je.
Ma na głowie wysoki, biały cylinder i rozbiegane oczy. Jego ciało wypełnione jest od środka tysiącami znaków których nie nadąża przenosić na piasek. Nagle wybucha śmiechem. Śmieje się głośno, pełną piersią i równie niespodziewanie milknie, wracając czym prędzej do labiryntu znaczeń ukrywających się między koślawymi zawijasami. Rozgląda się ukradkiem na boki, jakby zdał sobie sprawę że popełnił straszliwe faux pa, że śmiech nie może tutaj zostać integralną częścią przestrzeni, że nie toleruje go tutejszy czas. 

Nie widze nic poza idealnie szarą tarczą ciężkiego, jesiennego nieba. Zaczyna mżyć. Moje kończyny sztywnieją, krople rozbijają się  na mojej twrzy. Drżę, tzrnsę się zaciskam dłonie w pięści i okładam nimi drobny pisek, kopię, szamocę się. Nie wiem co dalej.

 



follow-the-white-rabbit 2010-02-08 00:57:49
skomentuj (2)
idioteque

Nie staram się już niczego zrozumieć. A może mówię tak tylko, bo „rozumienie” jest kolejną rzeczą, do której przestałem być zdolny? Najpierw ucieka dźwięk, wszystkie odgłosy rozmywają się do jednolitego szumu. Obraz ciemnieje, nie widzę nic oprócz małej jasnej plamki, będącej w rzeczywistości ekranem sporego telewizora. Jest bardzo odległa. Znika. Pisk. Nie potrafię już szerzej otworzyć oczu. Strach miesza się z ekstazą. Czuje zimny pot, który spływa po moim czole. Koszulka, którą mam na sobie nasiąka nim i staje się obrzydliwie ciężka. Walczę o każdy oddech, walczę z mdłościami, walczę z paranoją, która towarzyszy mi przy każdym kontakcie z jakimkolwiek człowiekiem. Jest teraz silniejsza, setki... setki tysięcy razy. Jej wartość rośnie kwadratowo, sześciennie. Nie mogę dłużej wytrzymać i podświadomość zaczyna wrzeszczeć matrę. Jej słowa odbijają się we wnętrzu mojej czaszki, nachodzą na siebie, mieszają się. Powoli... bardzo powoli odzyskuje wzrok. Świadomość przychodzi dużo później. Wszystko trwa kilka minut.

 

Każdy wykonany gest przekazuje mi wiadomości. Każde słowo jest rzuconym wyzwaniem, które trzeba albo podjąć, albo zrobić unik, albo przyjąć. Zdania wyposażone w bagaż podtekstów, poukrywanych po najciemniejszych zakamarkach znaczeń. Labirynt komplikujący się z każdą minutą. Przechodzę na drugą stronę lustra wprost do krainy drugiego dna, która trzyma mnie z tyłu, za boleśnie wykręcone ramiona i uderza po głowie gumowym młotkiem. Powoli, miarowo. Śmiejemy się, oboje. Co innego pozostaje? Trzęsę się zrzucając z siebie brudne pomysły, wspinające się po całym moim ciele. Jak nagie, pozbawione muszli ślimaki, pełzną w górę, ku głowie, zostawiając za sobą pasy gęstego, indygowego śluzu. Wchodzą przez moje uszy, rozwarte w jakimś niemym westchnieniu usta, wybijają moje oczy i zaczynają wypełniać puste oczodoły. Dostają się do nosa. Krztuszę się, dusze. Wierzgam nogami, drżę. Chciałbym popłakać... może, słyszałem że pomaga... ale nie znam sposobu. Nie wiem, w jakiej technice winno być to wykonane, w jaki sposób.



follow-the-white-rabbit 2010-02-08 00:17:23
skomentuj (4)
I'm easy like sunday morning

Stoję na wielkim przystanku autobusowym. Nie ma wiatru i płatki śniegu spadają leniwie wirując w powietrzu. Ludzie stoją przy metalowych koszach z żarzącym się koksem. Camel którego palę w ogóle mi nie smakuje i zasadniczo nie mam na niego ochoty. Mija mnie grupka wesołych studentów, odprowadzam ich wzrokiem i widzę rękawiczkę wypadającą z kieszeni. Patrzę na nią i na jej oddalającą się właścicielkę. Zaciągam się papierosem. Chwilę później jakiś bezdomny podnosi ją i odchodzi.

 

Czuje jak w moim ciele zachodzą procesy gnilne. Tkanka ulega rozkładowi, rozpadowi na czynniki pierwsze. Odór  towarzyszący tej mentalnej  degradacji jest nie do wytrzymania. Przy nim toczone przez larwy zwłoki nadają pomieszczeniu w którym się znajdują kojącą świeżość morskiej bryzy. Boli mnie głowa. Dziś znowu słyszałem ten pierdolony, elektrofoniczny pisk. Klatki odrywają się od filmu odlatując w nieznanych mi kierunkach. W twarzach nie rozpoznaje ludzi. Wiruje. Wysyłam smsa, żeby wygrać komputer. Próbuje zaproponować nowe koryta dla płynących oszczędnie słów, znaleźć nowe rozwiązania ale wszystko żyje własnym życiem. Jestem zamknięty w wielkim organizmie do którego muszę się dostosować. Którego organem muszę zostać. Nie mogę się tego nauczyć. Jestem nowotworem. Muszę zostać wycięty, odseparowany, wyeliminowany, poddany duchowej anihilacji.

 

Wpatruje się w jej poruszające się szybko kształtne usta. Nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jakby ktoś wyłączył fonię. Patrzę na wielkie, niebieskie oczy, ładnie zarysowany nos. Zdecydowanie należy do grona „pięknych ludzi”. Jest też inteligentna, znacznie mądrzejsza ode mnie. Nie czuje nic, ani fizycznie ani psychicznie. Analizuje czy wszystkie bodźce zostały odpowiednio odebrane. Zostały. Pusta przestrzeń.

Nagle dźwięk powraca i dociera do mnie potok gównianych ploteczek, które bombardują moje uszy z niespotykaną częstotliwością. Udaje że cały ten stek bzdur mnie interesuje. Kalkuluje, mimo wszystko dobrze mieć paru znajomych wśród pięknych ludzi.



follow-the-white-rabbit 2010-02-01 21:26:46
skomentuj (6)
Sprzysiężenie osłów

Jak po piętnastu, długich latach można jeszcze nie nauczyć się kogoś na pamięć? Nie można! Są ludzie, którzy, po prostu w pewien naturalny sposób muszą mieć wrogów, czasem arcynienaturalnych. Czas jest spiralą, wszystko się powtarza tylko przedziały są większe i może właśnie dzięki temu, że udało mi się dojść do tego, jakże cudownie nowatorskiego inaczej, wniosku jakoś nie jestem specjalnie przejęty całą tą sytuacją, a przynajmniej mniej niż miało to miejsce zazwyczaj. Wszystko rozegra się według schematu, który sam kiedyś rozpisał i wróci do normy. Wkurwia mnie jedynie fakt, że kiedy miałem okazje się odwdzięczyć, nigdy tego nie robiłem. Cóż przyrodzona mi dobroć kiedyś mnie zgubi. Z drugiej strony może wystarczy poczekać. Na wszystko przychodzi kiedyś najodpowiedniejszy czas i miejsce.   

 

Śnię coraz częściej, coraz realniejsze i coraz dziwniejsze sny, których znaczeń nie rozumiem. Rzeczywistość spływa po mnie jak obfity deszcz a ja zamiast otworzyć usta i pić, uciekam szukając schronienia. Eliminuje powolutku kolejne elementy.

 

Myśli, które muszę wydalić przychodzą zawsze wtedy, gdy nie mam jak tego zrobić. Gdy tylko znajduje sposób znikają. Stoję na balkonie, palę camela i zastanawiam się nad dwoma rodzajami fajek. Tymi, które kończą się za szybko i zostaje po nich jakiś taki niedosyt i tymi, które się gasi w połowie. Moje myśli nie są ukierunkowane i do moich uszu dociera jakieś dziwne popiskiwanie, wydobywające się jakby z elektronicznego urządzenia. Zastanawiam się nad krystaliczną strukturą płatków śniegu. Mam nadzieję, że gdyby ktoś stał obok mnie też słyszałby to popiskiwanie. Obok mnie nie ma nikogo, więc ciężko jest zapytać. Pytam siebie, zastanawiam się czy naprawdę je słyszę i wtedy w końcu cichnie. Myślę o sprawach, które muszę dzisiaj zrobić a których zapewne nie uda mi się wykonać.

 

Chciałbym napisać powieść, która została by bestsellerem. Nagrać kawałek, który zmiażdżyłby wiodące nurty muzyczne. Namalować obraz, który dałby radę jeszcze czymś zaskoczyć. Napisać scenariusz, który… Wyreżyserować...

 

Myślę co zrobiłbym gdybym dowiedział się, że w moim ciele rozwija się rak. Że nie ma już szansy na wyleczenie, że są przerzuty i został mi miesiąc życia. Analizuje możliwości. Zastanawiam się też, jakie konsekwencje wyniknęłyby z sytuacji, w której z mojego życia znikają poszczególni ludzie. Tak niewiele się zmienia. Eliminuje sytuacje, w których bierze udział dana osoba z ogólnego schematu mojego tygodnia. Podsumowuję go bez nich i porównuję z rzeczywistym. Tak niewiele się zmienia. Wyobrażam sobie pogrzeb i zastanawiam się czy byłbym zaproszony na stypę i jakie byłoby na niej jedzenie. Zastanawiam się nad reakcjami innych występujących w tym samym środowisku, co ofiara osobników. Próbuję przeprowadzić symulację dalszych wydarzeń, szczególnie tych na które dana śmierć miała by największy wpływ.    



follow-the-white-rabbit 2010-01-24 18:07:17
skomentuj (3)
sex crime (1984)

Kobiety to dziwki, faceci to chuje, zarobki maleją, wydatki wzrastają, dziura budżetowa rośnie razem z ozonową, która podobno jest pierdoloną propagandą razem ze swoim bratem: efektem cieplarnianym. Mięśnie kulturysty w cztery tygodnie, meta i fekalia wylewające się przez uszy. Walę miarowo głową w biurko z każdym uderzeniem nabierając pełniejszej świadomości na temat niezaprzeczalnego faktu, że każda moja myśl została już pomyślana, każdy mój gest wykonany, każde słowo które powiem zostało powiedziane i każdy mój ruch jest wtórny.

 

I znowu chce mi się rzygać. Tym razem z powodu pseudo ideologicznego pierdolenia chorych umysłowo, ultraradykalnych feministek. Nigdy, tak naprawdę, nie byłem seksistą, chociaż lubię sprawiać takie wrażenie tylko po to żeby wkurwiać co poniektóre, obrzydliwie rezolutne, ukierunkowane, określone światopoglądowo, ambitne dziewczynki. Niestety skutek jest taki, że trzeba wysłuchiwać kolejnej porcji tego popapranego bełkotu. To sprawia, że moja krew bulgocze i napływa do oczu w których pękają delikatne naczynka. W mojej głowie pojawiają się takie obrazy, że zawstydziłbym Charlsa Mansona gdyby je zobaczył i to wcale nie jest wpływ „american psycho” którą właśnie czytam (notabene jest nieziemsko nudna), ale może być katalizatorem pewnej refleksji, która od dawna czeka na swoje pięć minut. Chyba od zawsze miałem ciut sadystyczne zapędy, ale staram się nimi specjalnie nie chwalić. I tak, tak zostanę mordercą-psychopatą gdy dorosnę i popełnię najwięcej, najobrzydliwych zbrodni na tle seksualnym w historii. A wszystkie dokonane będą na jebanych, ortodoksyjnych feministkach, których jazgot zabija więcej moich szarych komórek niż jakikolwiek narkotyk i sprawia, że mam ochotę smyrać się po skroni wiertarką udarową (Pi). Przepraszam moje nad wyraz wyzwolone panie, że się tak nieładnie wzburzyłem. Ale za to macie moje stu procentowe poparcie w kwestii aborcji, nawet tydzień przed porodem. Aha i byłbym niesprawiedliwy gdybym nie przyznał wam, że potraficie robić dobrą muzykę.



follow-the-white-rabbit 2010-01-21 13:39:56
skomentuj (4)
I tak dalej...

Po raz kolejny nurzam się w wodach  płodowych banału, zamkniętych w wielkim brzuchu, rozdętej do granic możliwości tragedii. Jestem do niej podczepiony szeroką pępowiną przez którą karmiona jest moja hipochondria; jej wynikiem (czy wymysłem jak kto woli) jest owa tragedia. To samonapędzająca się spirala, efekt węża zjadającego własny ogon. Trochę już mi brakuje siły żeby szukać…

 

Wrzód w mojej nieświadomości puchnie, już niedługo będzie tłusty i dojrzały z olbrzymią białą końcówką. Ktoś go lekko szturchnie, delikatna, cieniutka błona pęknie i szerokim żółtym strumieniem poleje się przyjemnie ciepła ropa. Będzie spływać malowniczymi kaskadami po wewnętrznych stronach moich łuków brwiowych i zaleje mi oczy. Stwardnieje i w końcu będę pogrążonym w introspektywnym bełkocie katatonikiem.  Musze się stąd wydostać, ale nie potrafię znaleźć drzwi.

 

…rozwiązań. Może problem tkwi właśnie w tym całym labiryncie znaczeń, który ma tendencję do rozrastania się gdy tylko zbliżam się do wyjścia? Musze skupić myśli, zebrać je jak owce które rozlazły się we wszystkie strony po pastwisku, co do jednej, inaczej stado nie będzie pełne a mój rozum kompletny. Chociaż z drugiej strony, tej którą gdzieś głęboko ukryłem przed samym sobą wiem, że nie doprowadzi mnie to do żadnego rozwiązania. Zapcha trochę czasu, skomplikuje sprawy i niczego nie rozwiąże. Niech to kurwa jasny szlag.

 

Mam wrażenie, że powoli przekraczam granice monotonii i okazuje się, że tam dalej jest jeszcze długa droga wypełniona cykliczną mantrą przypominającą hipnotyczny stukot stalowych kół wielkiego pociągu. I nawet już nie boli mnie to, że wszystko, codziennie zdaje się być takie samo etc. Zaczyna mi to być obojętne. I to jest chyba w końcu stan do którego dążyłem. Problem tkwi w całej liście rzeczy, które mają dla mnie znaczenie a nie powinny. Musze koniecznie zrobić listę i zacząć systematycznie wykreślać! 



follow-the-white-rabbit 2010-01-19 22:31:41
skomentuj (1)
oTo prawda…

Z każdym oddechem czuje miliony obumierających szarych komórek. Wszystko co wiem powoli, lecz nieustannie paruje, uwalnia się i wzlatuje w stronę olbrzymiej, niebieskiej otchłani rozpostartej nad moją głową. Każda twórcza czy kreatywna myśl jest jak balonik wypełniony helem, który zerwał się ze sznurka. Chciałbym nazwać stan w którym się znajduje ale nie potrafię odszukać określenia.

 

Diagnoza nieznana.

Diagnoza nieznana.

 

Resztki treści stają się coraz bardziej eteryczne, ulotne. Jestem eksperymentem laboratoryjnym, zawieszonym w próżni o temperaturze 36,6 stopni Celsjusza z niezliczoną ilością sond powbijanych w moje ciało, inwigilujących wszystkie moje funkcje życiowe, poznawcze, emocjonalne itp. Dane są gromadzone, przetwarzane i za pomocą innych sond które przebiły moją czaszkę i wwierciły w szarą tkankę, wprowadzane do mózgu. Układ mentalny tłoczy nieustannie tą bezpostaciową limfę myśli, wyobrażeń i całego tego szlamu generowanego przez wielkie pomarszczone serce, zamknięte w czaszce. Światłowodowe żyły i tętnice tego układu oplatają ciasno cały glob i rozprzestrzeniają wirusa którym i ja jestem już zakażony. Wszystko to drży, pulsuje niemalże w epileptycznym tempie. Skurcz i rozkurcz, skurcz i rozkurcz. Spazmatyczna seria wymiotów.



follow-the-white-rabbit 2010-01-16 14:40:53
skomentuj (2)
malkontent (vol.I)

Tak, to jest właśnie najgorsze. Że opinia tych wszystkich fanatycznie pragnących życia pojebów jest dla mnie ważna. Nie mam ochoty udawać znowu Jezusa, mam gdzieś wszystkie głodujące dzieci razem z ich wydętymi brzuszkami, martwymi mamusiami i tatusiami. Mam wyjebane na ciągle skanującego mnie, kapitalistycznego wielkiego brata, establishment, wyzyskiwany Meksyk, AIDS w Afryce, najwyższy współczynnik samobójstw w Japonii i handel ludźmi w XXI wieku. Wykładam pałe na to, że okradam setki artystów i faktycznie argument, że robią to wszyscy jest wyjątkowo gówniany, tak naprawdę po prostu mnie to jebie, tak po prostu, bez żadnego górnolotnego i przemyślanego uzasadnienia. A to, że kradzież muzy jest dopuszczalna społecznie bo brak jej niejako fizycznego aktu to jeden z najbardziej zjebanych wniosków jaki słyszałem. Gdyby w pełnym centrum handlowym na dwie godziny zgasło światło, ochroniarze zakryli by swe śliczne oczęta a z głośników popłynął by słodki głos pani z obsługi klienta oznajmiający, że wszystkie wyjścia są otwarte i cały personel liczy na uczciwość klientów, to wybaczcie, że kurwa będę ciut cyniczny ale nie sądzę by po tych 120 minutach wiele zostało.

Poza tym jestem sporo za młody żeby się nad tym wszystkim zastanawiać a etap „buntownika z wyboru” krzyczącego głośno „fuck u i don't do what u tell my” przeszedł mi jakieś pięć lat temu.

Okazuje się, że bycie moralnym, poukładanym, mającym własne zasady ale niekiedy zawadiacko je łamiącym gościem, który jest uzdolniony w naprawdę wielu dziedzinach ma zajebiście wysokie IQ, studiuje w pięknym Wrocławiu a najlepiej jeszcze będącym po ciężkich przejściach (nieważne jakiej natury) jest niesamowicie pożądane.

Niestety Kurwa… moja moralność pozostawia wiele do życzenia, nie myślę o swojej przyszłości, nie biorę udziału w wyścigu szczurów, nie chce być najlepszy w swoim fachu, nie jestem szeroko uzdolniony i choć bardzo bym chciał być geniuszem mój mózg nabił jedynie 95 punktów na teście mającym mierzyć inteligencję. Nie ma ani jednej, nawet wąskiej dziedziny na temat, której mógłbym powiedzieć: „znam się na tym”. Zdarza mi się być naprawdę przykrym bez żadnego powodu i z chęcią znęcałbym się nad słabszymi, by podnieść poczucie własnej wartości, niestety nie mogę tego robić bo słabsze są tylko 10 letnie dzieci.

Aha, byłbym zapomniał a to akurat jest dobre, przy tym wszystkim jestem megalomanem! Naprawdę wybaczcie że zawiodłem i nie spełniłem oczekiwań, czuje z tego powodu dojmujący smutek. Może w następnym życiu uda mi się być wspaniałym, czułym i odpowiedzialnym idealistą, który stara się sprawić by świat był choć odrobinę lepszym miejscem. Porzucę dualizm który pozwala mi być hedonistą i abnegatem jednocześnie i będę wytrwały w dążeniu do doskonałości, odnosząc szereg heroicznych zwycięstw nad szeroko pojętą abulią. I nie będę się śmiał z mojej hipokryzji bo jest to krańcowa głupota i nietakt. I będę czyścił kotu kuwetę, wynosił śmieci i nie obgryzał paznokci i ścielił łóżko.



follow-the-white-rabbit 2010-01-10 17:48:03
skomentuj (1)
Człowiek bez podmiotu.

On: Znowu wszystko skończy się tak samo, wiesz?

Człowiek bez podmiotu: Tak… tym razem zaczęło się inaczej, rozwijało się inaczej ale tak skończy się tak samo.

On: Nie, nie było żadnej różnicy. Na drobne szczegóły nie warto zwracać uwagi. Który to już raz?

Człowiek bez podmiotu: hmm… trzeci? Nie wiem.

 

<On wyciąga z kieszeni na piersi paczkę papierosów marlboro i zapałki. Wkłada jednego do ust i odpala zapałką.>

 

On: Wiesz to zabawne. Siedzieć tu z boku i oglądać twoje oczy. Są wpatrzone w ich plecy, później zataczają szeroki łuk jakbyś chciał je zamknąć, oślepnąć, wykłuć je byle odciąć bodźce świetlne. Potem widzę poruszające się powietrze. Fala dźwiękowa która uderza w twój bębenek i z tępym, bolesnym stuknięciem odskakuje. Jakbym uderzył metalowym młotkiem w kostkę brukową. Doskonały przykład na szkodliwy wpływ śmiechu na zdrowie człowieka.

A wiesz co jest najlepsze?

 

Człowiek bez podmiotu: hmh?

 

On: To że nie robisz nic. Bo nic nie potrafisz zrobić. Bo nikt nie wstrzyknął w twoje żyły tego serum dzięki któremu człowiek wie o co w tym chodzi. Ty nie wiesz. Brakuje ci elementu, niezbędnego procesora, który przetwarza dane dotyczące tej kwestii. To dlatego nie potrafisz pojąć systemu banałów, tych wzorców, schematów zachowań dzięki którym można z powodzeniem iść szeroką drogą, która dla ciebie jest labiryntem. Chcesz się ich nauczyć, ale to niemożliwe, bo nie masz ich już gdzie zapisać.

 

 

Komunikat:

Błąd numer: 254684438746461384

Błędna ścieżka dostępu. Aplikacja o danej nazwie nie istnieje.

Jeśli sytuacja się powtórzy skonsultuj się ze sprzedawcą.

 

<On odwraca głowę od wielkiego ekranu LCD, śmiejąc się.>

 

On: Piękne prawda? Nawet twoje wspaniałe 140 punktów nie potrafi tego obejść. Ten wirus jest idealny, czarnobyl przy nim to piaskownica. Zablokowanie tej ilości połączeń między neuronami to cud. Tak, tak niewielu jest ludzi którzy mogli by cię z tego wyciągnąć. Szansa że ich spotkasz w tym życiu wynosi jeden do dwóch milionów. Może zacznij grać w totolotka?

 

<On zanosi się głośnym śmiechem>



follow-the-white-rabbit 2009-11-23 23:17:14
skomentuj (0)
***
Czasami tam chodzę, nie ma w tym nic dziwnego, każdy tam czasami trafia bardziej lub mniej przypadkowo. W moim przypadku należy przejść bardzo długi za to niezbyt szeroki korytarz. Jego ściany są ozdobione różnego formatu malowidłami od starych olbrzymich obrazów przedstawiających cyfrowego Jezusa w grubych złotych ramach, po dziecinne bazgroły na skrawkach papieru przytwierdzonych tu i ówdzie pinezkami czy szpilkami.  Panuje w nim ten dziwny rodzaj półmroku który pozawala dostrzec wszystko to, co miło być pokazane, a resztę kryje w nieprzeniknionym cieniu. Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak wiele możne przed samym sobą , nie mówiąc już o innych, ukryć jedynie dzięki sprytnej grze świateł. Na końcu korytarza brak ściany, jakby odskoczyła na jakieś trzydzieści centymetrów. Rośnie tam zielona trawa i widać lazurowe niebo w tej między wymiarowej szparze. Drzwi za każdym razem są inne ale zawsze jest na nich wydrapany ten sam napis, czasami ogromny czasami tak mały że ciężko go znaleźć ale jest tam zawsze. Gdy mam szczęście i nie są zamknięte mogę wejść do olbrzymiego pomieszczenia rozmiarów małego miasteczka, sklepienie jest tak wysoko że czasem zbierają się pod nim zbłąkane chmury które musiały przez przypadek wlecieć jednym z ogromnych okien. Za każdym z nich jest inna pogoda, nie do końca wiem od czego to zależy. Cały ten obszar jest zawalony wszelkiej maści rupieciem, gdzie niegdzie piętrzącym się aż pod sufit. Błąkam się godzinami, czasem dniami, skręcając w przypadkowo wybrane uliczki, niczego nie szukam więc niczego też nie znajduje, chodzi chyba tylko o bierną obserwacje. Ostatnio znalazłem uliczkę ozdobioną wszelkiej maści manekinami. Jedne z nich były ukrzyżowane inne nabite na pale jeszcze inne powieszone, połamane na kole z dziurami w głowach po rozmaitych kalibrach , bez głów, bez rąk z dodatkowymi kończynami, manekiny syjamskich bliźniaków zrośniętych najróżniejszymi częściami ciała. Później zauważyłem że każdy z manekinów jeśli posiadał głowę miał do nie przybite zdjęcie mojej beztrosko szczerzącej zęby twarzy, a może zdjęcia pojawiły się dopiero jak o tym pomyślałem? Sam nie wiem, strasznie to wszystko plastikowo, różowo warholowskie aż zbiera na wymioty. W tym pomieszczeniu cały czas coś się zmienia, czegoś ciągle przybywa, coś zmienia miejsce, położenie, kolor, smak, zawartość, opakowanie etc. Nic jednak nie znika to czuć w powietrzu które się tam unosi w przestrzeni.Cdn.  

follow-the-white-rabbit 2009-04-12 00:14:48
skomentuj (0)
Bo nabrzmiała nieświadomość.
Wszystko zmienia się zbyt szybko. Dobieram  kartę i przetasowanie, rzucam przetasowanie, czekam przetasowanie, przetasowanie, przetasowanie… nie orientuję się, wszystko jest nieustannie bulgocącą zupą. Zamykam się w gabinecie na parę dni i porządkuję jedną z moich myśli, ciężko nad tym pracuję a gdy wychodzę zmęczony ale zadowolony z siebie, bo przecież wykonałem kawał dobrej roboty okazuje się że wszystko co zrobiłem jest przestarzałe bo myślałem lub wykonywałem zbyt wolno. Nie potrafię działać tymi schematami dzięki którym wszystko tak szybko idzie do przodu, nie potrafię ich przyswoić, zapisać i odtwarzać w odpowiednich sytuacjach.

soon we must die please don't deny
I tak oni idą, nadchodzą, przemykają i już ich nie ma a ja mam betonowe ciało i każdy kolejny krok jest wolniejszy i bardziej męczący. Kiedy patrzę wstecz widzę swoje obecne położenie. Wyrywam moje przekrwione oczy bo mówią mi prawdę o prawdzie, której nie chcę, której się boje i której nie mogę w żaden sposób zmienić. Dlatego muszę uciekać, sposób nie jest istotny, jak nie ma znaczenia, znaczenie ma na jak długo.
Nie mogę być w rzeczywistości w której żyje ani chwili dłużej, bo stracę nawet to małe ostatnie coś co sprawia że moja świadomość dokonuje ustawicznego samogwałtu, notabene dzięki czemu wszystko się turla.
Ale moment rozwiązania się zbliża, szwy NIEświadomości głośno trzeszczą od nieustannego wibrującego naprężenia. Bodźców jest za wiele a wszystko po co wyciągam rękę by Się złapać okazuje się tylko eteryczną bladoniebieską mgiełką.


follow-the-white-rabbit 2009-04-05 20:55:46
skomentuj (0)
Zapowiedź powrotu do przeszłości
Huśtam się na krześle, uśmiechnięty i zadowolony z absencji pewności. Bo przecież może, ale wcale nie musi. Zajęty wahaniem się, nie mam czasu by zaprzątać sobie głowę maską realisty, która połatana i zniszczona od nadmiernej eksploatacji leży spokojnie w jakiejś szufladzie. Chwiejna równowaga wypełnia mnie tym rodzajem nieuzasadnionego, czystego i bezinteresownego szczęścia. Bo jakby mogę ale wcale nie muszę.Huśtam się na krześle a moją pierś rozpycha cudownie lekka chmura w kolorze indygo. Bo wizja przymusu wykonania akcji i zniesienia reakcji jest daleka. Wszystko wydaje się być takie prawdopodobne i wysysam słodkie mleko z piersi nadziei które daje mi siłę ale jest zatrute, o tym dowiaduję się jednak dopiero później.  

Zawsze znajdzie się ktoś lub coś co/kto podetnie te dwie nóżki. Moment zawieszenia, dezorientacji, uświadomienia, przerażenia, rozpaczliwe i karkołomne poszukiwania podparcia i spadanie bez upadku i roztrzaskania się, po prostu zapierające dech spadanie w pustą, ciemną nie mającą końca przestrzeń.
Tylko jakie to ma znaczenie?
Jaką to wszystko robi różnice?
Nie mam komu tego wszystkiego powiedzieć, dlatego idę do sklepu z artykułami żelaznymi i kupuję w nim łopatę. Potem wyjeżdżam za miasto i gdzieś w szczerym polu otoczony widnokręgiem kopię niewielki dół, wkładam do niego głowę i wrzeszczę, zwracam wszystkie nie strawione myśli aż poczuje w gardle piach importowany wprost z Sahary. Ale jakie to ma znaczenie skoro matka ziemia nie odpowiada? Czasami tylko między jedną a drugą  zabawną historyjką zabijającą bezlitośnie czas udaje mi się napomknąć o całym tym gównie, tylko nikt nie potrafi zrozumieć słów: „Przyłóż ucho do ziemi i słuchaj bo nosi ona te z moich słów, których nie potrafię wypowiedzieć.”. W zasadzie rozumiem to doskonale, mnie też by to nie obchodziło, to nie prawdziwe problemy to coś w rodzaju sztucznie wyimaginowanej hipochondrii pokrytej grubo niebieską farbą. Bo oto znowu pojawia się ta sama sytuacja, ta sama co zawsze, wyciągam rękę po olbrzymie czerwone jabłko… piękne, jak sądzę…
Tak czy inaczej mięśnie chcą wyrwać kości ze stawów żeby dodać te parę brakujących milimetrów bo z nie wiadomych przyczyn moja motoryka siada gdy jabłko muska leniwie moje palce i mogę tylko bezradnie wyciągać rękę. I niby mam z nim kontakt ale o zerwaniu a nie mówiąc już o konsumpcji mogę sobie tylko pomarzyć,  z  powodu, nawet mi nie znanych do końca, przyczyn.  


Nie mam wyjścia trzeba wrócić do nieświadomości.


follow-the-white-rabbit 2009-03-26 22:34:49
skomentuj (2)
Katalogi
Znajdując nadający się obiekt najpierw umieszczam go w pustej przestrzeni obracam i oglądam dokładnie z każdej strony, analizuje strukturę tkanki, gesty, mimikę i całą górę innych nie grających nawet epizodycznej roli czynników. Kolejnym etapem jest snucie rozważań nad rozmaitymi sytuacjami które projektuje, wklejam w nie obiekt ,sprawdzam jego zachowanie, interakcje zachodzącą między innymi obiektami etc. następnie zapisuje i kataloguje aby w dowolnej chwili móc wyświetlić daną projekcje, wrócić do niej dla przyjemności bądź dla powtórnej analizy jakiegoś pominiętego elementu. W całym tym procesie obiekt dojrzewa powoli w mojej świadomości, idealizuje go bowiem po trochu z każdą pojedynczą myślą o nim, aż zaczyna od niego bić mistyczny blask, wszystkie pożądane przeze mnie cechy są mu już zaszczepione, wszystkie usterki naprawione, wszystkie niuanse dopracowane. Oglądam znowu mój majstersztyk pod wszystkimi kątami i podziwiam grę kolorowych świateł która mnie hipnotyzuje i porusza a to wszystko ze względu na niesamowity wielowymiarowy szlif który sam mu nadałem chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy. Potem spokojnie ale nagle podchodzi do mnie rzeczywistość i uderza mnie pięścią w brzuch, spokojnie ale mocno. I ból jak zawsze jest obecny ale stoi obok zapatrzony w, jakiś niewidzialny punk na koniuszkach jego czerwonych butów. Później obraca w moją stronę swoją przepiękną twarz wykrzywioną tym dziwnym grymasem, pada na ziemię, drży, miota się, szczękościsk miażdży mu zęby a niebieska piana zalewa mu usta, rozchyla nogi i zaczyna rodzić, a wychodząca z niego świadomość łamie mu miednice, rozrywa srom i wydaje swój pierwszy krzyk. Prostuję się i biorę ją na ręce i wiem, że wszystkie śnione na jawie marzenia są mżonką wiem, że nie mogę niczego zrobić, że przeżywanie życia z obowiązku narodzin jest jałowe. Wyrzucam więc obiekt razem z świadomością do olbrzymiej graciarni na tyłach, znajdującej się za drzwiami na których ktoś wydrapał „podświadomość”.

"Nie mam ochoty unosić powiek to co znajduje się po ich wewnętrznej stronie pociąga mnie o wiele bardziej niż to co potrafię dostrzec po ich otwarciu."

follow-the-white-rabbit 2009-03-15 17:43:56
skomentuj (1)
Just cause you feel doesn't mean is there!

Poziom mojej naiwności zaczyna przekraczać granice, po długiej i uciążliwej drodze, utykaniu w rozmaitych korkach, paru stłuczkach, odwiedzeniu niezliczonych miast i wsi etc. pokazuje paszport i z uśmiechem na twarzy oraz poczuciem samorealizacji wjeżdża do Związku Onaniztycznych Republik Głupoty.

Bo czym jest wmawianie sobie bzdur wyssanych w gruncie rzeczy z palca, jak nie psychiczną masturbacją, która wzbudza złudne poczucie kalekiego, wypaczonego szczęścia? A kiedy mija moment odurzenia cudownym kłamstwem widać igłę, która przeszła przez moje ucho, przebiła bębenek i wpakowała w mózg kosmiczną dawkę syntetycznej radości.

I fale lodu i fale magmy i obrzydzenia i każdy dotyk jest śliski i obleśny a każde słowo ocieka gęstym, niezidentyfikowanym, ciemnoniebieskim szlamem. Nie mam ochoty obracać tej olbrzymiej kuli pod moimi stopami nigdy więcej, bolą mnie od tego mięśnie i mam zakwasy. Jestem zmęczony terminami, definicjami, określeniami, klasyfikacją i racjonalizmem który nigdy nie był racjonalny. Zmęczony, sinusoidalnym biegiem myśli gdzie okres opiewa na kilka nanometrów a amplituda na lata świetlne. Wybuch na słońcu, temperatura -235 na plutonie, słońce, pluton, słońce, pluton, moja głowa pęcznieje, wzdyma się oczy zapadają się do wewnątrz czaszki, implozja, eksplozja, implozja, eksplozja, nie mogę krzyczeć nikt nie uwierzy, implozja eksplozja, pobłażliwe uśmiechy, implozja eksplozja, nawet ja, implozja eksplozja, nie wierze i zaciągam, zamykam, rygluje głęboko na dnie...



to taka lekka migrena nic więcej.

 

follow-the-white-rabbit 2009-03-10 09:52:15
skomentuj (0)
autoafirmacja
Stąpam po żyłce rozcinającej moje stopy, cienkiej jak brzeg kartki. Jestem bogiem, objawieniem i prorokami. Nietrwałą efemerydą pojawiającą się zbyt często, jak stroboskop jestem światłem a za moment ciemnością jeszcze bardziej smolistą niż zwykle, bo przed chwilą raziłem twe oczy. Czynię cię ślepym/ą raz za pomocą zmroku, którego wzrokiem nie możesz przeniknąć i za pomocą światła, w które patrzeć nie zdołasz. I nie wiesz czy jestem naprawdę czy jestem dymem, dymem w wodzie. Który zamienia mózg w obłok mój i twój za moim pośrednictwem. Jestem emocjonalną heroiną, niewielu jej spróbowało, niewielu jej jeszcze doświadczy... A ludzie... nie umiem powstrzymać tego dziwnego grymasu, a ludzie nie są doskonali a ja nie jestem doskonały a to znaczy że jestem człowiekiem ale to nie prawda a tylko prawdy połowa a może nawet nie ćwierć a czasem nawet i brednia. Dawno z nikim nie grałem, nikt nie chce się ze mną pobawić, ale spokojnie, spokojnie będą się bawić będą się śmiać złotym śmiechem, który zalewa gardło klejnotami i nie będą mogli złapać tchu, bo ty im na to nie pozwolisz. I nie przestaniesz bo boli mnie głowa i już nie jestem bogiem i wybuch radioaktywnej serotoniny minął a skażenie znikło po tysiącach lat które minęły zanim zdążyłem w to uwierzyć.Moja myśl nie jest monologiem nigdy więcej. Nazwać ją dialogiem to jakby ptakiem nazwać stworzenie któremu obcięto skrzydła. I pozostaje ciągle problem skrzyni, tak głębokiej że aby wyjąć z niej przedmiot umieszczony na dnie trzeba zejść po schodach. Jeszcze jej nie znalazłem a szukam, choć to takie banalne i oczywiste, aż do obrzydzenia. Paradoksalnie nie lubię banału ale nie mogę nic zrobić tylko czekać aż przejdzie... z wiekiem, z czasem z nastaniem dnia a może nocy. Bo nie wiem kiedy to gówno minie opuści, syf który uwielbiam i który doprowadza mnie do ekstazy... Tak to on pochłania wszystkie moje drogi, tak starannie zaplanowane, wychuchane i proste. Pożera je... i te stare, które trzeba by było nieco odrestaurować, pociągnąć nową farbą, wyczyścić z rdzy i zalegającego kurzu i te nowe prosto spod igły, jeszcze ciepłe od potu na moim czole. Pozwala mi w zamian trwać w sobie jak w jakiejś narkotycznej nirwanie z której nie mogę się uwolnić chociaż parzy. Jestem swego rodzaju masochistą który wpadł w pułapkę węża zjadającego własny ogon. Czuje się jakbym szedł, zmierzając do końca którego się obawiam (prawdopodobnie na wyrost) skręcał a mimo wszystko szedł prosto. Jakby celem był okrąg w którym jestem umieszczony. To naprawdę męczące... Starając się o tym nie myśleć...

follow-the-white-rabbit 2009-03-07 21:29:07
skomentuj (1)
fenomenologia hipokryzji
Dziś nie masz wyboru. Musisz robić najmocniej, najlepiej, być najbardziej, najsilniej, najwięcej. Nikt nie ma szacunku dla teoretyków, nie możesz tylko chcieć, zachwycać się wielobarwną hipotezą, która przecież musi być hołubiona i dopieszczona przed jej skonsumowaniem, które i tak jest nieuniknione. Bardzo przyjemnie jest popaść w automatyczną klasyfikacje, która oszczędza nam tak żmudnej i nieprzyjemnej czynności, jaką jest myślenie. Jakże łatwo wyrzygać się na kogoś górą schematów a nie przyjmować do wiadomości żadnych kontr argumentów. To by wymagało weryfikacji, konfrontacji, wyciągnięcia wniosków, przeprowadzenia swego rodzaju rachunku i otrzymania wyniku. Czy nie wkurwiające by było gdy po tak ciężkiej pracy okazało by się że nasz początkowy wynik był błędny bo rachunek nie obejmował nie przewidzianych przez nas zmiennych. W takim bądź razie, po co to robić? Po jaką cholerę wymieniać komfort na prawdę, po co dowiadywać się o własnej omyłce skoro jest ona powszechnie popierana i akceptowana? Nauczyłem się przez te kilka lat, że nie warto próbować na siłę uświadamiać skoro nikt tego nie chce. Tkwią w pułapce żelaznej konsekwencji i tam jest im dobrze a mi nic do tego. Zanim ich oczy zostaną otwarte zdążą cię ukrzyżować i zdrowo przerżnąć pałą Longinusa. I tak właśnie, rzeczywiście staje się hipokrytą (i konformistą), ze względu na to, że uważam wyjaśnianie podobnych spraw za niezwykle ważne, ale z wygody tego nie robie. Nie mam już ani siły ani ochoty na tego typu działania.

follow-the-white-rabbit 2009-03-07 21:24:49
skomentuj (0)
Zmęczenie
Jak długo można płakać nad rozlanym czasem? Długo! To ciekawe, co on później robi, gdzie ucieka, jak wygląda, gdzie lubi jadać, gdzie sypia i z kim? Jedno jest jednak pewne, ma telefon wyjęty z sieci, zawsze cichy, upośledzony, głuchoniemy. Przypadek tak chciał że krytyczne momenty, te wyciągające jedną rękę w stronę delirium a drugą w stronę śmierdzącej, na wpół przetrawionej rzeczywistości która notabene nie jest wcale szara, tylko po prostu blada, zlana zimnym potem, trzęsąca się na podłodze i nie wiedząca za bardzo co dalej, zawsze były moimi prywatnymi dziwkami, na wyłączności i tylko na wyłączność. Jednorazowe, nie dające się w pełni powtórnie odtworzyć. Są jedną z tych rzeczy którymi nie można się podzielić z kimkolwiek, choćby się nawet bardzo chciało a trzeba dodać że pierwsza myśl, w tym wypadku, to szczere pragnienie dzielenia się. Ale subiektywny koniec świata zawsze będzie tylko subiektywny i jako „pierwiastek odczuwający” nie pozostaje nic innego tylko wtulić się głęboko w samego siebie i czekać aż to się skończy. I mija, pozostawiając kwaśny posmak siarki na podniebieniu którego nie można się pozbyć tak szybko jakbyśmy chcieli, czyli natychmiast. Nie potrafię opisać do końca ohydy i całokształtu odrzucającej zgnilizny która przyjmuje formę mgiełki i wypełnia wszystkie zakamarki ciała. To co można przeczytać niezbyt oddaje to uczucie, bo tu nie chodzi nawet o uczucie obrzydzenia, choć to na pewno jedna z części składowych, tylko o jakiś taki ciąg do drugiej istoty żywej. Nic nie jest ważne poza tym wyzwalającym egoistycznym kontaktem, który zdjąłby choć część ciężaru z płuc, żołądka, wątroby i tych wszystkich trzewi napakowanych po wszelkie granice bulgoczącą rtęcią. Ale jest coś 3:40 nad ranem.A potem... Nie, nie znajduje w tym przyjemności. Prawda jest zawsze inna zależnie z której strony spojrzeć. Więc dlaczego się tym napawam i delektuje? Może dlatego że takie doświadczenie zmienia punkt widzenia i pozwala zobaczyć kolejną prawdę. Może dlatego że świadomość pewnych prawd które się w takich sytuacjach klarują wiele zmienia? Ale finalne i tak odpowiedź jest jedna: Tak naprawdę nie wiem.

follow-the-white-rabbit 2009-03-07 21:15:26
skomentuj (0)

Designed by Nesca 2004

szablon-nesca

Bo�k

dodaj
oglšdaj

Archiwum

2011
luty
2010
grudzień
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
listopad
kwiecień
marzec

www.blog.pl