|
autoafirmacjaStąpam po żyłce rozcinającej moje stopy, cienkiej jak brzeg kartki. Jestem bogiem, objawieniem i prorokami. Nietrwałą efemerydą pojawiającą się zbyt często, jak stroboskop jestem światłem a za moment ciemnością jeszcze bardziej smolistą niż zwykle, bo przed chwilą raziłem twe oczy. Czynię cię ślepym/ą raz za pomocą zmroku, którego wzrokiem nie możesz przeniknąć i za pomocą światła, w które patrzeć nie zdołasz. I nie wiesz czy jestem naprawdę czy jestem dymem, dymem w wodzie. Który zamienia mózg w obłok mój i twój za moim pośrednictwem. Jestem emocjonalną heroiną, niewielu jej spróbowało, niewielu jej jeszcze doświadczy... A ludzie... nie umiem powstrzymać tego dziwnego grymasu, a ludzie nie są doskonali a ja nie jestem doskonały a to znaczy że jestem człowiekiem ale to nie prawda a tylko prawdy połowa a może nawet nie ćwierć a czasem nawet i brednia. Dawno z nikim nie grałem, nikt nie chce się ze mną pobawić, ale spokojnie, spokojnie będą się bawić będą się śmiać złotym śmiechem, który zalewa gardło klejnotami i nie będą mogli złapać tchu, bo ty im na to nie pozwolisz. I nie przestaniesz bo boli mnie głowa i już nie jestem bogiem i wybuch radioaktywnej serotoniny minął a skażenie znikło po tysiącach lat które minęły zanim zdążyłem w to uwierzyć.Moja myśl nie jest monologiem nigdy więcej. Nazwać ją dialogiem to jakby ptakiem nazwać stworzenie któremu obcięto skrzydła. I pozostaje ciągle problem skrzyni, tak głębokiej że aby wyjąć z niej przedmiot umieszczony na dnie trzeba zejść po schodach. Jeszcze jej nie znalazłem a szukam, choć to takie banalne i oczywiste, aż do obrzydzenia. Paradoksalnie nie lubię banału ale nie mogę nic zrobić tylko czekać aż przejdzie... z wiekiem, z czasem z nastaniem dnia a może nocy. Bo nie wiem kiedy to gówno minie opuści, syf który uwielbiam i który doprowadza mnie do ekstazy... Tak to on pochłania wszystkie moje drogi, tak starannie zaplanowane, wychuchane i proste. Pożera je... i te stare, które trzeba by było nieco odrestaurować, pociągnąć nową farbą, wyczyścić z rdzy i zalegającego kurzu i te nowe prosto spod igły, jeszcze ciepłe od potu na moim czole. Pozwala mi w zamian trwać w sobie jak w jakiejś narkotycznej nirwanie z której nie mogę się uwolnić chociaż parzy. Jestem swego rodzaju masochistą który wpadł w pułapkę węża zjadającego własny ogon. Czuje się jakbym szedł, zmierzając do końca którego się obawiam (prawdopodobnie na wyrost) skręcał a mimo wszystko szedł prosto. Jakby celem był okrąg w którym jestem umieszczony. To naprawdę męczące... Starając się o tym nie myśleć... follow-the-white-rabbit 2009-03-07 21:29:07 skomentuj (1) |
||||
|